Tag Archives: malarz

Sztuka pod ostrzałem #6 – Dominik Jasiński – „Myślę, że gdybym nie odkrył w sobie żyłki do sztuki to zapewne zostałbym lekarzem.”

Witajcie!

Jak to się często dzieje przy prowadzeniu blogów, brakowało mi ostatnio czasu na pisanie. Myślę sobie „jutro”. Nie, nie… wtedy muszę pojechać do miejsca XYZ. To za pięć dni! Też odpada, muszę zrobić to i tamto. Nagle mija miesiąc, a ja myślę że przecież dopiero co skończyłam ostatni post. Dzisiaj chcę się podzielić wywiadem, który przeprowadziłam z Dominikiem Jasińskim. Do 11 lipca będzie można podziwiać jego wystawę „Hedonizm” w galerii Dagma Art. Zainspirowało mnie to wydarzenie do zadania artyście kilku pytań. Wywiad jest długi. Nie potrafię być brutalnym montażystą i ucinać zdań, które mogą się „dłużyć”, czy „nudzić”. Mam nadzieję, że czytanie tych odpowiedzi sprawi Wam tyle przyjemności co mi. Zapraszam! 🙂

You don't stand a chanceLara Malan.W: Cześć! Na początek chciałabym Cię zapytać o główny temat Twoich prac – człowieka. Ten motyw, a szczególnie przedstawienie kobiety często można dostrzec na płótnach. Co najbardziej interesuje Cię w człowieku? Na co zwracasz uwagę?

Dominik Jasiński: Dzień dobry 🙂 Od zawsze pociągała mnie budowa ludzkiego ciała i złożoności anatomii. Odkąd pamiętam człowiek stanowił dla mnie najtrudniejszy ale i najbardziej wdzięczny temat do malowania, a uchwycenie proporcji ciała, wyrazu twarzy i idących za tym emocji jest odwiecznym wyzwaniem. Myślę, że gdybym nie odkrył w sobie żyłki do sztuki to zapewne zostałbym lekarzem.

Generalnie w postaci ludzkiej najwięcej uwagi poświęcam twarzy i rękom. Sposobem namalowania oczu można powiedzieć tak wiele! Jako odskocznię od pracy przy płótnach traktuję bardzo anatomiczne rysunki, lubię też wiedzieć co znajduje się pod skórą – jak układają się mięśnie, nerwy i kości. Ta pozornie chaotyczna plątanina żył i ścięgien składa się przecież na najbardziej wyspecjalizowaną istotę na ziemi – na człowieka. W domu posiadam kilkanaście atlasów anatomicznych, do których często zaglądam.

L.M.W: Kogo najchętniej malujesz? Masz swoich wybranych modeli, są to osoby tobie bliskie czy przypadkowe?

D.J: Maluję każdego, kto mnie czymś urzeknie. Wiele portretów na zamówienie – te są dla mnie najtrudniejsze, bo wiem, że zamawiający oczekuje pracy nie tylko dobrej malarsko ale i portretu, który z dumą powiesi na ścianie. Najłatwiej maluje się siebie, bo nikt się nie obrazi jak namaluję krzywy nos czy niesymetryczne oczy – a tyle w tym zabawy!

L.M.W: Na około malowanego człowieka znajduje się duża ilość rozmaitej flory. Czy ona coś symbolizuje?

D.J: Najważniejszym elementem na obrazie jest portretowana osoba. To, co dzieje się wokół ma za zadanie dopełnić całość, podkreślić osobowość lub nastrój panujący na obrazie. Motywy roślinne wybieram właśnie na zasadzie dopełnienia natury portretowanej osoby. Czasami z rozwagą i pełną świadomością tego, co symbolizują, czasami tylko ze względu na ich formę czy kolor.

Przez długi czas fascynowała mnie estetyka secesyjna, a tam można znaleźć wiele inspiracji naturą. Ostatnio świadomie odchodzę od tych secesyjnych wpływów roślinnych na rzecz architektury a nawet tła jednolitego kolorem – lubię eksperymentować.

L.M.W: Skąd czerpiesz inspirację? Co, lub kto jest dla Ciebie źródłem największej liczby pomysłów?

D.J: Nigdy nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony inspiruje mnie wszystko wokół – światło, ludzie na ulicy, widok za oknem. Z drugiej strony żeby pojawił się w mojej głowie pomysł na obraz potrzebuje już czegoś bardziej konkretnego – kolor buta, gdzieś zobaczone graffiti, grymas na twarzy…

Kiedyś każde wyjście na wystawę czy do galerii obarczone było myśleniem „nie obserwuj za dużo, bo zaczniesz kopiować”, a teraz po każdym wernisażu aż kipi we mnie energia do pracy! To taka zdrowa motywacja – widzę, co dzieje się w świecie sztuki i ilu jest kreatywnych młodych twórców i to napawa mnie chęcią robienia przeróżnych rzeczy na płótnie, wyzwala we mnie chęć spróbowania innych technik, innego podejścia do tematu. Lubię czuć taki niedosyt twórczy, bo wiem, że kolejny mój obraz będzie lepszy od poprzedniego.

The secret life of camelsL.M.W: Czy zamieszkanie w Kuwejcie mocno wpłynęło na Twoje prace? Jeśli można zapytać dlaczego akurat to miejsce wybrałeś na swój nowy dom?

D.J: Zarówno Kuwejt jak i cały Bliski Wschód to dla mnie teraz kopalnia wiedzy i pomysłów. Poznawanie tamtejszej kultury, zwyczajów i historii z pewnością przenosi się na to co i jak maluję. Bliskowschodnia estetyka, bogactwo wzorów, legendy, a także tragiczna historia regionu to novum, z którego czerpię garściami. Mimo, że jestem tam, to nie zapominam skąd pochodzę. Takie funkcjonowanie w dwóch różnych światach kulturowo – obyczajowych otwiera człowiekowi oczy. Stałem się z pewnością bardziej tolerancyjny, a jednocześnie z większym szacunkiem podchodzę do swoich korzeni.

Przeprowadziłem się do Kuwejtu z powodów osobistych, pojechałem trochę w ciemno, uzbrojony zaledwie w garść ogólnodostępnych informacji o tym kraju. Teraz uczę się lokalnego języka, kaligrafii i weselnych tańców. Dużym zaskoczeniem było dla mnie podejście Kuwejtczyków do sztuki – tam na obrazach się nie oszczędza, mają trochę większą świadomość, że sztuka to inwestycja. Mają też ogromne domy z olbrzymimi ścianami, więc maluję coraz większe prace. Pomijając pewne zakazy (to co można, a czego nie można pokazać) – z punktu widzenia artysty to naprawdę region świata, gdzie ze sztuki można spokojnie wyżyć.

L.M.W: Niedawno miało miejsce otwarcie Twojej wystawy pt. „Hedonizm”. Odnoszę wrażenie, że to dość ironiczne. Założeniem wystawy jest cieszyć się, cieszyć oko, mieć chwilę oderwania. Gdy patrzę jednak na te obrazy jedyne co wydaje mi się pozytywne to barwy, kontrastujące ze smutnymi postaciami. Czy Ty też tak to odbierasz? Czy uważasz, że te postacie faktycznie są szczęśliwe?

D.J: To jest taki mój hedonizm. Dawno temu nauczyłem się cieszyć życiem i swoją pracą – chyba dlatego malowanie daje mi tyle radości. Każdy kolejny obraz to mieszanka afirmacji świata mnie otaczającego i moich subietktywnych emocji. Rzeczywiście nie wszystkie portretowane osoby śmieją się od ucha do ucha, ale zawsze powtarzam, że z wyszczerzonymi zębami na obrazie kiepsko się wygląda 🙂Do not lieKiedyś w malarstwie używałem dużo czerni, do momentu kiedy mój profesor z warszawskiej ASP zasugerował, żebym czarny kolor zupełnie odstawił – od tego czasu uczę się wyrażać swoje emocje przy użyciu jak największej ilości koloru. Od czasu do czasu zagłębiam się w bardziej monochromatyczne kompozycje, ale ogólnie te wszystkie kolory siedzą głęboko we mnie.

Prace oglądać można do 11 lipca w Galerii Dagma Art w Katowicach, serdecznie zapraszam.

L.M.W: Czy gdybyś miał możliwość spotkania się z jakimś artystą, obojętnie kim, nawet z przeszłości, kto by to był i co chciałbyś tej osobie powiedzieć?

D.J: Jest wielu artystów, których chciałbym poznać gdyby była taka możliwość. Głównie po to, żeby im podziękować – Klimtowi i Musze za pokazanie mi przepięknej stylistyki Fin de Sciecle, Toulouse-Lautrec’owi za obudzenie we mnie erotyzmu, Gaugain’owi za kolor, Monet’owi za światło… ale z pewnością najgorętsze rozmowy prowadziłbym z Egonem Schielle, którego powykręcane anatomicznie postaci są dla mnie nieustającą inspiracją.

L.M.W: Dziękuję za wywiad.

Czas na kilka słów komentarza. Obrazy Dominika Jasińskiego są tak barwne jak jego osobowość. Jest to sztuka, która ma wiele twarzy. A pod wenecką maską pełną barw i zdobień można odnaleźć oblicze zaskakująco smutne. Choć nie dzieje się tak zawsze to jednak w każdej z postaci można dostrzec coś, czego nie spodziewa się na pierwszy rzut oka. Dobór kolorów, mocne kontury, często dokładne wykończenia sprawiają, że dzieła te stają się wręcz ikoniczne. Człowiek, i jego osobowość zostaje oddana nie tylko za pomocą ekspresyjnej kreski i mocnych odcieni ale także otaczających motywów roślinnych.

Bardzo interesuje mnie obraz „Primavera”. Kobieta, której twarz jest podkreślona mocnym konturem wydaje się zupełnie nie pasować do otaczającej ją przestrzeni. Jakby znalazła się w raju, w którym może mieć wszystkie dobrodziejstwa świata i spędzać czas jedynie na przyjemnościach. Czego dobrym symbolem wydają mi się namalowane winogrona. Namalowana postać nie chce jednak tam być i pragnie uciec jakby poza obraz, daleko od tej sytuacji, w której się znajduje.primaveraMimo wszystko brakuje mi czegoś… osobistego w tych pracach. Wydają mi się ładne, egzotyczne, i jak już pisałam – ikoniczne. Patrząc na nie nie odczuwam jednak aby były unikalne. Wiem, że trudno jest wytworzyć swój własny rozpoznawalny styl. Nie zamierzam tutaj pisać, że Dominik Jasiński go nie ma. Problemem, który dostrzegam jest brak własnego pomysłu, czerpanie z wielu źródeł ale bez dodania jakiegoś osobistego akcentu.

A Wy co sądzicie? Zapraszam do dzielenia się własnymi opiniami.

Bluebird

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

5 minut o Toulouse Lautrec

Cześć!

Książka Pierre la Mure „Moulin Rouge” zainspirowała mnie do tego by zgłębić moją wiedzę o Toulousie Lautrec, zapraszam Was do obejrzenia drugiego odcinku mojego videobloga 🙂

Miłego oglądania!

http://youtu.be/KzsQK35-4qE

Dodaj komentarz

Filed under Klasyki, Recenzje książek

Sztuka pod ostrzałem #3 – Wacław Jagielski – „Ja kocham światło, nie ciemność”

Cześć!

Dzisiaj, w ramach oderwania od relacji z wystaw, wywiad z Panem Wacławem Jagielskim.

Urodzony 20 sierpnia 1965 roku w Lubaniu Śląskim. Konserwator Dzieł Sztuki i malarz. Przez kilka lat nauczyciel plastyki młodzieży w Liceum i szkołach podstawowych. Jest członkiem – założycielem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą.

Jak widać data, którą wybrałam, nie jest przypadkowa gdyż obchodzimy dzisiaj urodziny artysty. Składam moje najszczersze życzenia i powodzenia na dalszej drodze malarskiej, a czytelników zapraszam do skróconej wersji wywiadu :). Gorąco jednak zachęcam do przeczytania całości i tu odsyłam do drugiego postu (Link). 

Bluebird: Był Pan kiedyś konserwatorem sztuki, teraz skupia się Pan na malarstwie, ale również poezji. Czy, pomijając zawód konserwatora sztuki, wszystkiego nauczył się Pan samodzielnie, czy może miał Pan kogoś, kto pomagał Panu na drodze rozwoju?

Wacław Jagielski: W pewnym stopniu kształtowali mnie mistrzowie, którymi potrafiłem się zafascynować, którzy pozostawili po sobie takie dzieła, które przeżywam do dziś, gdyż odcisnęły na mnie piętno. Drugą niewątpliwie ważną grupą ludzi (…) byli niektórzy starsi artyści, dziś często koledzy „po fachu”, z którymi dane mi było się zapoznać, rozmawiać, przebywać na plenerach malarskich, jeździć po dalekich krajach świata i co najpiękniejsze – przyjaźnić się. Do takich ludzi należeli również moi profesorowie i nauczyciele. z którymi spotykałem się w pracowniach i warsztatach artystycznych. Nie mniej jednak, nie można wyłącznie bazować na słowach nawet najwspanialszych mędrców,  bo najważniejsza w malarstwie jak i w każdej dyscyplinie życia jest własna praca. Pozwala artyście wypracować swój własny charakter twórczy, język malarski, swą własną drogę.

B: Dlaczego podjął Pan decyzję o pozostaniu malarzem i opuszczeniu swojego poprzedniego zawodu? To dość odważna decyzja, postawił Pan wszystko na jedną kartę.

W.J: Urodziłem  się na Dolnym Śląsku, na ziemiach przebogatych w cudowne zamki, pałace, pałacyki, świątynie i inne wspaniałe budowle. Powojenna historia nie dla wszystkich tych obiektów okazała się być łaskawa i niektóre z nich popadły w runę. Pomimo to często nadal były piękne, a mnie bolało serce, że  umierają często bezpowrotnie. Chciałem więc te i inne cudeńka świata ratować i przez 23 lata czyniłem to w swej Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki, będąc jednym z bardziej szczęśliwych ludzi na ziemi. Równocześnie od dziecka rozwijała się we mnie pasja rysowania, malowania, nad którą pracowałem z ogromną chęcią i zaangażowaniem. Pierwszą swą wystawę w profesjonalnej galerii sztuki miałem jeszcze w maturalnej klasie, w 1984 roku. Moja miłość do konserwacji zabierała mi jednak lwią część czasu, którego zaczęło mi brakować dla malarstwa, jak i dla rodziny, która w moim życiu jest nadrzędnym celem i największą miłością. Zadzwonił więc w mej duszy alarmowy dzwonek intuicji, że okres zmian nadchodzi,  tym bardziej, że malarstwo już od długiego czasu stawało się dla mnie mieć większy sens. Lubię odważne decyzje na pograniczu z cienką niteczką ryzyka. Ha, ha – to taki trochę „męski sport”, adrenalina zawsze musi być. Dziś minęło już kilka dobrych lat od tego momentu, a ja…? A ja jestem całkowicie szczęśliwy z obecnego stanu rzeczy i pomimo wielkiego sentymentu do przeszłości, kocham teraźniejszość, bo jest piękna.

B: W wywiadzie przed wystawą CIT w Nowym Sączu dużo mówił Pan o wartości kobiet w Pana życiu i sztuce. Kobieta jest ostoją, ciepłem domowym, ale również muzą. Co jeszcze inspiruje Pańską twórczość artystyczną?

W.J: Hahaha, Pani wybaczy, ale nie mogę się oprzeć pokusie, aby nie zanucić strofy z wesołej i szalenie mądrej, bo prawdziwej piosenki Jerzego Nela „ Baby, ach! te baby, czym by bez nich był ten świat …?” Oczywiście owe „baby” należy w tym kontekście rozumieć jako uosobienie wszystkiego, co jest najpiękniejsze i tu na ziemi najcenniejsze dla nas mężczyzn. Tak – przez życie swe idę z cudowną kobietą, bez której nie bardzo wyobrażam sobie swego życia. Piszę dla niej wiersze, które ona niekoniecznie czyta, maluję ją nawet wtedy, kiedy pozuje mi zgoła inna modelka (tak bynajmniej mówią postronni odbiorcy mej sztuki ), nie szczędzę jej komplementów i słów o miłości, dedykuję jej wystawy i katalogi, co nie zawsze ją wzrusza w stopniu przeze mnie oczekiwanym, czasem się na nią oburzę, przez chwilę podąsam, ale zawsze bardzo ją kocham. Światło, cień, ciągły dialog pomiędzy nimi z całą paletą szarości i półcieni, subtelności i gwałtu. Cudowność koloru, barwy i ich wpływu na przedmioty te bliższe i dalsze, to między innymi sprawia, że nie można nie malować. A chmury, a woda, powietrze…? Czy przyglądała się kiedyś Pani wnikliwie tym cudom natury? Nieodzowna jest również muzyka, którą nie zwalniam z obowiązku bycia ze mną bardzo często. Muzyka odsłuchiwana z płyt, ale i ta którą od roku sam próbuję grać, gdyż trudno mi sobie dziś przeżyć dzień bez fortepianu. To moja kolejna miłość i kolejny cudowny przedmiot inspiracji.

B: Wiele z Pana obrazów jest impresjonistycznych, ekspresjonistycznych. Czasem barwy są jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne. Czy te elementy wyrażają Pana emocje podczas malowania? Czy tworzy Pan w przemyślany sposób, uznając określony styl za najwłaściwszy dla przedstawianego tematu?

W.J: Z impresjonizmem łączy mnie może bardziej  filozofia związana z emocjami niż stylem malarskim. Impresja – wrażenie, to cała moc i siła mojego malarstwa wzbogacona oczywiście moją techniką, którą wypracowałem sobie na przestrzeni co najmniej 30 lat pracy. Mój sposób malowania w pracowni tylko i wyłącznie, w odróżnieniu od impresjonistów. Sam sobie bardzo często „wytwarzam” medium malarskie, które choćby swą konsystencją znacznie różni się od farby olejnej wyciskanej bezpośrednio z tuby i nie pozwala się nanosić na podobrazie za pomocą pędzli. Koloru, który tworzy moje obrazy szukam nie wyłącznie na płótnie, ale i na paletach, które niekoniecznie musieli mieć przy sobie impresjoniści. Rzeczywiście mam z nimi wiele wspólnego, ale moje fascynacje malarstwem sięgają jeszcze wcześniejszych okresów i artystycznych myśli innych wielkich malarzy. podczas malowania świat odpływa, nie ma potrzeby dumania nad tym w jakim stylu i jakim kierunku powinienem tworzyć. Wtedy jestem ja i on – obraz i to coś, co jest pomiędzy nami, ten swoisty galop nas obu w niezbędnym na tę chwilę akcie tworzenia. Wtedy właśnie tworzy się jego tożsamość zwana prawdą twórcy.

B: Trudno nazwać Pana twórczość inaczej niż niezwykle piękną. Wiele obrazów uspakaja i cieszy oko. Zastanawia mnie, czym jest dla Pana sztuka? Czy brzydota, ciemne barwy, surrealistyczne stwory uznaje Pan też za element sztuki?

W.J: Twórczość czasem rodzi się w bólu albo w jego przeróżnych odmianach. Niegdyś mistrz Renoir powiedział znamienne słowa „ból przemija, piękno pozostaje” i dalej malował swe rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy. W porywie twórczym, bardzo egoistycznie  maluję ku zadowoleniu wyłącznie własnemu i nie interesuje mnie wtedy, co inni o tym powiedzą.. Nie jestem bowiem człowiekiem wolnym od zmartwień, trosk, ciężarów do „przepchnięcia”, a twórczość reaguje na moje stany emocjonalne jak papierek lakmusowy. Mam jednak od Boga daną tę ważną cechę, że mimo wszystko staram się zawsze zobaczyć ten drugi koniec przysłowiowego kija. To świetna cecha pozwalająca mi na uchronienie mnie od przedstawiania świata w moim malarstwie w sposób dołujący i depresyjny. Kiedyś, będąc już na skraju wytrzymałości nerwowej, namalowałem obraz, który nazwałem „Modlitwa desperata”. Można go obejrzeć w moim katalogu pod tytułem „Moje 40 i 4”. Ku wielkiemu zaskoczeniu wnikliwie oglądających wystawę i ów katalog obraz należy do jednego z najbardziej promieniujących w tym cyklu, choć jego struktura i faktury świadczyć mogą, że było „ostro”, haha. Ja kocham światło, nie ciemność i w całym swym życiu dążę do niego, bo przy nim ja, moi najbliżsi i odbiorcy mej twórczości czują się  dobrze.

B: Czy wyznacza Pan sobie jakiś cel w sztuce? Jest jakaś myśl, którą chciałby Pan przekazać odbiorcy, czy może tworzy Pan dla własnej przyjemności?

W.J: Myślę, że w dużej mierze na to pytanie już odpowiedziałem, ale jeśli mogę coś dopowiedzieć to oczywiście to uczynię. W sztuce jak i w całym swoim życiu najważniejszym celem  zdaje mi się być szczerość i prawdziwość. Każde bowiem odstępstwo od tej tezy jest nazbyt ryzykowne. A ponad wszystkim jest to, o czym umierający Tristan powiedział do ukochanej Izoldy –  „nie wiem, czy życie jest ważniejsze czy śmierć, ale najważniejsza jest miłość”. Kochajmy się więc wzajemnie.

B: Ma Pan jakiegoś ulubionego artystę, który jest dla Pana wzorem dobrego warsztatu malarskiego?

W.J: Mógłbym tu wymienić plejadę mistrzów świata, ale skoro mam wymienić jednego, więc bez dłuższego wahania napiszę William Turner.

B: Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy, jak powstają obrazy spod Pana pędzla?

W.J: Hahaha, niestety z przykrością odpowiem, że nie mogę, gdyż,  pędzlami nie maluję już od kilku dobrych lat. Moje obrazy maluję rękami i innymi, czasem dziwnymi narzędziami, niekoniecznie malarskimi. Ale jeśli ten wiersz z 2008 roku,  coś Pani i Czytelnikom podpowie w tym temacie, to będę szczęśliwy.

w+o

B: Dziękuję za rozmowę i życzę miłego dnia.

W.J: Dziękuję Pani również i przesyłam szczery uśmiech z życzeniami dobra wszelakiego.
Wacław Jagielski

Gdy zaczynałam moją przygodę z twórczością Pana Wacława byłam naprawdę pod wrażeniem. Obrazy rzucały snopami światła, były żywe, pozytywne, niesamowicie ekspresyjne, Teraz, gdy minęło pierwsze wrażenie i już się oswoiłam, moje oczy czerpią codziennie z nich wiele przyjemności. Pan Wacław jest jednym z najpozytywniejszych osób jakie poznałam w swoim życiu. Dobre podejście i nastawienie to dwa elementy będące kluczem do sukcesu w tych dziełach. Są czyste, wypełnione szczerą pasją i podziwem dla otaczającego świata. Tacy odmienni, radośni artyści, są nam bardzo potrzebni. Często łatwo zapominamy o pięknej naturze, która nas otacza. To może wydawać się lekko truistyczne ale mimo wszystko warto sobie od czasu do czasu zwolnić, pójść spokojnym trybem malarza i poety, by odetchnąć i się rozluźnić.

Oczywiście, że życie nie jest jedynie piękne i kolorowe, dlatego po pewnym czasie można się przesycić słodyczą obrazów Pana Wacława. Jednak, myślę że znalazłam nareszcie artystę, który pozwala na chwilę oderwać się od zmartwień i uśmiechnąć. 

Życzę jeszcze raz Panu Wacławowi wiele radości, choć pewnie nie są to życzenia konieczne, ale przede wszystkim realizacji marzeń, spełniania się w sztuce, wielu inspiracji i słońca każdego dnia, by rozświetlało płótna malarza. 

Postanowiłam też podzielić się z Wami piosenką, która bardzo pasuje mi do sztuki Pana Jagielskiego :).
https://www.youtube.com/watch?v=6Graa_Vm5eA&hd=1

Bluebird

7 Komentarzy

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #3 – Wacław Jagielski – „Ja kocham światło, nie ciemność”; cały wywiad

Cześć!

Dzisiaj, w ramach oderwania od relacji z wystaw, wywiad z Panem Wacławem Jagielskim.

Urodzony 20 sierpnia 1965 roku w Lubaniu Śląskim. Konserwator Dzieł Sztuki i malarz. Przez kilka lat nauczyciel plastyki młodzieży w Liceum i szkołach podstawowych. Jest członkiem – założycielem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą.

Jak widać data, którą wybrałam, nie jest przypadkowa gdyż obchodzimy dzisiaj urodziny artysty. Składam moje najszczersze życzenia i powodzenia na dalszej drodze malarskiej, a czytelników zapraszam do wywiadu :).

Bluebird: Był Pan kiedyś konserwatorem sztuki, teraz skupia się Pan na malarstwie, ale również poezji. Czy, pomijając zawód konserwatora sztuki, wszystkiego nauczył się Pan samodzielnie, czy może miał Pan kogoś, kto pomagał Panu na drodze rozwoju?

Wacław Jagielski:  W tym co teraz powiem może nie ma żadnego zaskoczenia ani zdziwienia, że najszczęśliwszym jest ten, kto realizuje swoje pragnienia, kto marzenia nawet te najbardziej oddane Morfeuszowi potrafi wydrzeć z krainy snu w zmaterializowaną rzeczywistość. Należę do tych ludzi, którzy w swym życiu mają wyraźnie nakreślony azymut i co więcej, niewyobrażalnie wręcz silnie wierzą w to, że przy maksymalnym zaangażowaniu całego swego „jestestwa”, z całą potęgą „za” i „przeciw”, można go osiągnąć. Przy takim założeniu i podejściu do życia, a w nim i do twórczości, bo ona jest przecież jedną z ważniejszych części mojej egzystencji, można bardzo wiele odkrywać samemu. Świadomie mówię bardzo wiele, bo tą całą resztę stanowią pozostałe czynniki zewnętrzne czyli środowisko i ludzie, którymi się otaczamy bardziej lub mniej wybierani przez nas samych. Jeśli Pani słowo „wszystkiego” w zadanym powyżej pytaniu dotyczy mego malarstwa w szerokim jego rozumieniu, to odpowiem, że w pewnym stopniu kształtowali mnie mistrzowie, którymi potrafiłem się zafascynować, którzy pozostawili po sobie takie dzieła, które przeżywam do dziś, gdyż odcisnęły na mnie piętno. Mistrzowie czasów minionych. Drugą niewątpliwie ważną grupą ludzi, którzy przyczynili się do tego, aby to potężne koło zwane pasją i miłością do sztuki i samego procesu tworzenia poruszyć, byli niektórzy starsi artyści, dziś często koledzy „po fachu”, z którymi dane mi było się zapoznać, rozmawiać, przebywać na plenerach malarskich, jeździć po dalekich krajach świata i co najpiękniejsze – przyjaźnić się. Część z nich niestety już odeszła, ale pamięć o nich w moim sercu pozostanie na zawsze. Z niektórymi mam jeszcze szczęście czasem się spotkać. Do takich ludzi należeli również moi profesorowie i nauczyciele, z którymi spotykałem się w pracowniach i warsztatach artystycznych. Nie mniej jednak, nie można wyłącznie bazować na słowach nawet najwspanialszych mędrców,  bo najważniejsza w malarstwie jak i w każdej dyscyplinie życia jest własna praca. Osobiste, bardzo konsekwentne i wytrwałe  zaangażowanie wszystkich sił i zmysłów w drodze do celu zaczyna otwierać przed twórcą nowe przestrzenie i nowy świat. Pozwala artyście wypracować swój własny charakter twórczy, język malarski, swą własną drogę. Tego nie da się wyczytać i z góry założyć do natychmiastowego realizowania. To musi urodzić się samo w pokorze i po cichu, po wielkiemu „cichu” (uśmiech). Podobnie rzecz się ma w poezji.

B: Dlaczego podjął Pan decyzję o pozostaniu malarzem i opuszczeniu swojego poprzedniego zawodu? To dość odważna decyzja, postawił Pan wszystko na jedną kartę.

W.J: Pozwoli Pani, że może najpierw odpowiem na pytanie dlaczego postanowiłem zostać konserwatorem zabytków, gdyż łatwiej będzie mi wytłumaczyć swą decyzję ,o jak to Pani ładnie nazwała, „opuszczeniu” tego zawodu. Kiedyś, a początków należałoby szukać w dalekim dzieciństwie, zapragnąłem i wymarzyłem sobie być kimś, kto będzie ratował od zniszczenia, zapomnienia te „cuda” rąk ludzkich, które pozostawili nam w swej spuściźnie artyści, nadając naszej cywilizacji piękniejszy kształt. Urodziłem  się na pięknym Dolnym Śląsku, na ziemiach przebogatych w cudowne zamki, pałace, pałacyki, świątynie i inne wspaniałe budowle. Powojenna historia nie dla wszystkich tych obiektów okazała się być łaskawa i niektóre z nich popadły w runę. Pomimo to często nadal były piękne, a mnie bolało serce, że  umierają często bezpowrotnie. Chciałem więc te i inne cudeńka świata ratować i przez 23 lata czyniłem to w swej Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki, będąc jednym z bardziej szczęśliwych ludzi na ziemi. Równocześnie od dziecka rozwijała się we mnie pasja rysowania, malowania, nad którą pracowałem z ogromną chęcią i zaangażowaniem. Pierwszą swą wystawę w profesjonalnej galerii sztuki miałem jeszcze w maturalnej klasie, w 1984 roku. Moja miłość do konserwacji zabierała mi jednak lwią część czasu, którego zaczęło mi brakować dla malarstwa, jak i dla rodziny, która w moim życiu jest nadrzędnym celem i największą miłością. Zadzwonił więc w mej duszy alarmowy dzwonek intuicji, że okres zmian nadchodzi,  tym bardziej, że malarstwo już od długiego czasu (prawdę powiedziawszy przez cały okres prowadzenia firmy konserwacji Dzieł Sztuki nigdy nie zostało odstawione na boczny tor) stawało się dla mnie mieć większy sens. Obudził się we mnie już na dobre zew tworzenia i postanowiłem ogłosić to publicznie podczas jednej ze swych wystaw. Od dawna należałem do Stowarzyszenia Pastelistów Polskich (które wraz z moimi kolegami współzakładałem już 20 lat temu) oraz do Związku Polskich Artystów Plastyków. Ale ma Pani rację mówiąc, że była to decyzja odważna. Wymusiła na mnie wielkie zmiany w moim życiu i w moim najbliższym otoczeniu. Zmieniłem charakter swej pracy, przewartościowałem pewne sprawy, musiałem stworzyć sobie nową pracownię o zupełnie innym wyposażeniu, wyprzedać ponad trzysta starych mebli, jakie przez lata nagromadziłem w swych zbiorach i z nowym duchem zrobiłem kolejny mocny i pewny krok w przyszłość.  Lubię odważne decyzje na pograniczu z cienką niteczką ryzyka. Ha, ha – to taki trochę „męski sport”, adrenalina zawsze musi być. Dziś minęło już kilka dobrych lat od tego momentu, a ja…? A ja jestem całkowicie szczęśliwy z obecnego stanu rzeczy i pomimo wielkiego sentymentu do przeszłości, kocham teraźniejszość, bo jest piękna.

B: W wywiadzie przed wystawą CIT w Nowym Sączu dużo mówił Pan o wartości kobiet w Pana życiu i sztuce. Kobieta jest ostoją, ciepłem domowym, ale również muzą. Co jeszcze inspiruje Pańską twórczość artystyczną?

W.J: Hahaha, Pani wybaczy, ale nie mogę się oprzeć pokusie, aby nie zanucić strofy z wesołej i szalenie mądrej, bo prawdziwej piosenki Jerzego Nela „ Baby, ach! te baby, czym by bez nich był ten świat …?” Oczywiście owe „baby” należy w tym kontekście rozumieć jako uosobienie wszystkiego, co jest najpiękniejsze i tu na ziemi najcenniejsze dla nas mężczyzn, choć nie pozbawione często niedających się logicznie wytłumaczyć anomalii zachowań, która w rezultacie sprawia, że jesteście, kochane Panie, jedną wielką zagadką, bez której żyć niepodobna (szczery uśmiech). Tak – przez życie swe idę z cudowną kobietą, bez której nie bardzo wyobrażam sobie swego życia. Piszę dla niej wiersze, które ona niekoniecznie czyta, maluję ją nawet wtedy, kiedy pozuje mi zgoła inna modelka (tak bynajmniej mówią postronni odbiorcy mej sztuki ), nie szczędzę jej komplementów i słów o miłości, dedykuję jej wystawy i katalogi, co nie zawsze ją wzrusza w stopniu przeze mnie oczekiwanym, czasem się na nią oburzę, przez chwilę podąsam, ale zawsze bardzo ją kocham. Wiem, że ona kocha mnie również do szaleństwa i że nie wyobraża sobie beze mnie życia przynajmniej tak mi się wydaje i tego „wydawania” będę się mocno trzymał, hahaha! Inne inspiracje przynosi otoczenie, codzienne „zjawiskowości”, w których biorę mniej lub bardziej świadomy udział,  ale z ręką na sercu muszą mnie zauroczyć, zachwycić do tego stopnia, że chce mi się je malować lub o nich pisać. Światło, cień, ciągły dialog pomiędzy nimi z całą paletą szarości i półcieni, subtelności i gwałtu. Cudowność koloru, barwy i ich wpływu na przedmioty te bliższe i dalsze, to między innymi sprawia, że nie można nie malować. A chmury, a woda, powietrze…? Czy przyglądała się kiedyś Pani wnikliwie tym cudom natury? Jakież one są piękne, jakie tajemnicze i często nieprzewidywalne, choć wydają się być takie oczywiste… Nieodzowna jest również muzyka, którą nie zwalniam z obowiązku bycia ze mną bardzo często. Muzyka odsłuchiwana z płyt, ale i ta którą od roku sam próbuję grać, gdyż trudno mi sobie dziś przeżyć dzień bez fortepianu. To moja kolejna miłość i kolejny cudowny przedmiot inspiracji.

B: Wiele z Pana obrazów jest impresjonistycznych, ekspresjonistycznych. Czasem barwy są jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne. Czy te elementy wyrażają Pana emocje podczas malowania? Czy tworzy Pan w przemyślany sposób, uznając określony styl za najwłaściwszy dla przedstawianego tematu?

W.J: Jeśli byśmy rozpatrywali tak prawdziwie i wnikliwie moje malarstwo, na co w tym wywiadzie oczywiście nie ma czasu, to z impresjonizmem łączy mnie może bardziej  filozofia związana z emocjami niż stylem malarskim. Impresja – wrażenie, to cała moc i siła mojego malarstwa wzbogacona oczywiście moją techniką, którą wypracowałem sobie na przestrzeni co najmniej 30 lat pracy. Czysto jednak techniczne zabiegi malarskie na podobraziu często są różne od tych, które stosowali impresjoniści. Mój sposób malowania w pracowni tylko i wyłącznie, w odróżnieniu od impresjonistów, spowodowany jest między innymi tym, że sam sobie bardzo często „wytwarzam” medium malarskie, które choćby swą konsystencją znacznie różni się od farby olejnej wyciskanej bezpośrednio z tuby i nie pozwala się nanosić na podobrazie za pomocą pędzli. Koloru, który tworzy moje obrazy szukam nie wyłącznie na płótnie, ale i na paletach, które niekoniecznie musieli mieć przy sobie impresjoniści. Znalazłoby się jeszcze wiele innych cech różniących mnie od impresjonistów, których bez wątpienia kocham za odwagę, wrażenie, kolor a szczególnie pasję. Rzeczywiście mam z nimi wiele wspólnego, ale moje fascynacje malarstwem sięgają jeszcze wcześniejszych okresów i artystycznych myśli innych wielkich malarzy. O tym, że czasem barwy są kontrastujące ze sobą, jak to Pani określa „jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne”,  określa tylko i wyłącznie potrzeba chwili, wyczucia koloru i moich emocji. Wtedy, podczas malowania świat odpływa, nie ma potrzeby dumania nad tym w jakim stylu i jakim kierunku powinienem tworzyć. Wtedy jestem ja i on – obraz i to coś, co jest pomiędzy nami, ten swoisty galop nas obu w niezbędnym na tę chwilę akcie tworzenia. Wtedy właśnie tworzy się jego tożsamość zwana prawdą twórcy.

B: Trudno nazwać Pana twórczość inaczej niż niezwykle piękną. Wiele obrazów uspakaja i cieszy oko. Zastanawia mnie, czym jest dla Pana sztuka? Czy brzydota, ciemne barwy, surrealistyczne stwory uznaje Pan też za element sztuki?

W.J: Twórczość czasem rodzi się w bólu albo w jego przeróżnych odmianach. Niegdyś mistrz Renoir powiedział znamienne słowa „ból przemija, piękno pozostaje” i dalej malował swe rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy. Jeśli rzeczywiście moja twórczość w Pani odczuciu jest, jak to Pani nazywa, cytuję – „niezwykle piękną”, to sprawia mi to ogromną, niekłamaną radość, nawet jeśli byłaby Pani tylko jedną osobą na tej ziemi tak myślącą. W porywie twórczym, bardzo egoistycznie  maluję ku zadowoleniu wyłącznie własnemu i nie interesuje mnie wtedy, co inni o tym powiedzą. Nie odczuwam radości i nie maluję „na zamówienie”, gdyż ja chcę, aby oglądający me obrazy ludzie pokochali moje wizje, moje kadry i odczucia, a nie próbowali mi wytłumaczyć swoje tylko po to, abym je odtwarzał. Artysta powinien być twórcą od pierwszego do ostatniego położenia najmniejszej nawet plamki. To on decyduje i w  tych osobistych decyzjach tkwi to, co artyści kochają najbardziej, czyli WOLNOŚĆ. Wspomniałem na wstępie, że czasem twórczość rodzi się w bólach i to jest wielka prawda, która nie mija i mej skromnej osoby. Nie jestem bowiem człowiekiem wolnym od zmartwień, trosk, ciężarów do „przepchnięcia”, a twórczość reaguje na moje stany emocjonalne jak papierek lakmusowy. Mam jednak od Boga daną tę ważną cechę, że mimo wszystko staram się zawsze zobaczyć ten drugi koniec przysłowiowego kija. To świetna cecha pozwalająca mi na uchronienie mnie od przedstawiania świata w moim malarstwie w sposób dołujący i depresyjny. Nie potrafię tego robić. Kiedyś, będąc już na skraju wytrzymałości nerwowej, namalowałem obraz, który nazwałem „Modlitwa desperata”. Można go obejrzeć w moim katalogu pod tytułem „Moje 40 i 4” ,ale ku wielkiemu zaskoczeniu wnikliwie oglądających wystawę i ów katalog obraz należy do jednego z najbardziej promieniujących w tym cyklu, choć jego struktura i faktury świadczyć mogą, że było „ostro”, haha. Mroczne wizje bądź beznadziejne w moim odczuciu nie raz i nie dwa pozbawione sensu (pomimo tego, że właśnie niby o sens w nich chodzi) instalacje, czy obsceniczne, wulgarne, czasem masochistyczne bądź sadystyczne zakusy współczesnych twórców mój organizm naturalnie odrzuca.  Ja kocham światło, nie ciemność i w całym swym życiu dążę do niego, bo przy nim ja, moi najbliżsi i odbiorcy mej twórczości czują się  dobrze.

B: Czy wyznacza Pan sobie jakiś cel w sztuce? Jest jakaś myśl, którą chciałby Pan przekazać odbiorcy, czy może tworzy Pan dla własnej przyjemności?

W.J: Myślę, że w dużej mierze na to pytanie już odpowiedziałem, ale jeśli mogę coś dopowiedzieć to oczywiście to uczynię. W sztuce jak i w całym swoim życiu najważniejszym celem  zdaje mi się być szczerość i prawdziwość. Każde bowiem odstępstwo od tej tezy jest nazbyt ryzykowne. A ponad wszystkim jest to, o czym umierający Tristan powiedział do ukochanej Izoldy –  „nie wiem, czy życie jest ważniejsze czy śmierć, ale najważniejsza jest miłość”. Kochajmy się więc wzajemnie.

B: Ma Pan jakiegoś ulubionego artystę, który jest dla Pana wzorem dobrego warsztatu malarskiego?

W.J: Mógłbym tu wymienić plejadę mistrzów świata, ale skoro mam wymienić jednego, więc bez dłuższego wahania napiszę William Turner.

B: Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy, jak powstają obrazy spod Pana pędzla?

Hahaha, niestety z przykrością odpowiem, że nie mogę, gdyż,  pędzlami nie maluję już od kilku dobrych lat. Moje obrazy maluję rękami i innymi, czasem dziwnymi narzędziami, niekoniecznie malarskimi. Ale jeśli ten wiersz z 2008 roku,  coś Pani i Czytelnikom podpowie w tym temacie, to będę szczęśliwy.w+o

B: Dziękuję za rozmowę i życzę miłego dnia.

W.J: Dziękuję Pani również i przesyłam szczery uśmiech z życzeniami dobra wszelakiego.
Wacław Jagielski

 

 

1 komentarz

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka polska, Sztuka współczesna