Category Archives: Sztuka pod ostrzałem

Chcecie poznać współczesnych artystów? Zachęcam do czytania przeprowadzanych przeze mnie wywiadów i poznawania artystów „od kuchni” :).

Sztuka pod ostrzałem #7 – Graham Franciose – „gdy dorastamy zatraca się w nas wyobraźnia i marzenia. Chcę na nowo wydobywać z ludzi te wartości.”

Cześć!

Ostatnio mam dużo szczęścia do wywiadów. Trzy miesiące temu skontaktowałam się z Grahamem Franciosem. Zobaczyłam jego rysunki udostępnione przez jedną ze stron na fb. Nie wiem czy to kwestia chwili, czy naprawdę mnie tak oczarował ale zakochałam się w tych pracach od pierwszego wejrzenia. Weszłam na stronę internetową artysty, a zanim zdążyłam mrugnąć byłam już w połowie pisania maila z propozycją wywiadu. Myślę, że zainteresuje Was to, co Graham Franciose ma do przekazania. Jest to postać barwna i wbrew pozorom bardzo pozytywna ;). Zapraszam! Dla zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z oryginałem z wersji anglojęzycznej: https://jednymslowemsztuka.wordpress.com/2015/07/13/sztuka-pod-ostrzalem-7-graham-franciose-sometimes-as-we-grow-older-we-lose-that-childlike-imagination-and-wonder-i-hope-to-bring-that-out/

Fall is His FavorieLara Malan Woodgate: Jak rozpoczęła się Twoja podróż ze sztuką? Jaki był Twój cel od samego początku? Czy czujesz się czasem zmęczony?

Graham Franciose:  Dorastałem w bardzo kreatywnej rodzinie I od zawsze uwielbiałem malować. Zacząłem kolekcjonować komiksy kiedy miałem około 7/8 lat. Próbowałem przerysowywac samodzielnie postaci z książek. Moi rodzice byli dla mnie ogromnym wsparciem, wydaje mi się że dzięki temu nigdy nie przestawałem tworzyć. Kiedy zastanawiałem się nad tym jaki kierunek studiować mój ojcoec powiedział: „Co byś robił gdybyś nie musiał się martwić o zarabianie pieniędzy? Co sprawia, że jesteś szczęśliwy?” Wtedy postanowiłem studiować rysunek i zdać BFA (Bachelor of Fine Arts). Więc tak, mogę powiedzieć, że od zawsze chciałem tworzyć sztukę, dzięki subtelnym wsparciu moich rodziców udało mi się czegoś dokonać. Myślę, że bycie artystą, jak to bywa w każdej pracy, staje się z biegiem czasu lekko męczące. Czasami pracuję z trudnymi klientami, czasem prace się nie sprzedają, a czasem sprzedają się za szybko i nie nadążam za tworzeniem nowym. Mimo wszystko nie zamieniłbym sztuki na nic innego!

L.M.W: Twoje obrazy wyglądają jakby ich adesatami były małe dzieci, są jednak na to zbyt dojrzałe. Dla kogo przeznaczona jest twoja sztuka?

G.F:  Cóż, od zawsze, odkąd skończyłem studia, chciałem tworzyć rysunki do książek dla dzieci. Mimo, że nie szedłem dokładnie tą drogą, moje prace wciąż mają w sobie coś dziecięcego. Moją sztuką próbuję pokazać historie otwarte, które można swobodnie interpretować. Mam nadzieję, że udaje mi się rozpalić wyobraźnię u każdego, który patrzy na moje rysunki. Czasem się tak dzieje, że gdy dorastamy zatraca się w nas wyobraźnia i marzenia. Chcę na nowo wydobywać z ludzi te wartości. Moje prace są dla wszystkich.

L.M.W: Skąd czerpiesz inspiracje? Czy jest nią muzyka, inne obrazy, a może obserwacje świata?

G.F: Inspiracja pochodzi ze wszystkiego co mnie otacza. Myślę, że największym źródłem pomysłów jest dla mnie natura. Kocham być na zewnątrz, odbywać piesze wycieczki wśród drzew, obserwować rośliny, mech, liście, zwierzęta, wiatr, błoto czy niebo. Kiedy byłem mały często wychodziłem na dwór żeby bawić się w lesie i wyobrażałem sobie różnego rodzaju scenki. Przebywanie wśród natury przypomina mi czasy dzieciństwa pełnych marzeń i wobraźni.

the GiverL.M.W:  Nie potrafię znaleźć żadnego Twojego obrazu na którym ktoś by się uśmiechał od ucha do ucha. Mimo to postrzegam Twoją sztukę jako optymistyczną. Co czujesz gdy tworzysz? Czy Twoja sztuka jest odzwierciedleniem Twoich emocji?

G.F:  Niektórzy ludzie postrzegają moje prace jako smutne. Ja osobiście ich takimi nie widzę. Myślę, że w większości moich rysunków skrywa się przekaz pełen nadziei, nawet jeśli wydają się lekko melancholijne na pierwszy rzut oka. Tak jak u wszystkich artystów, w moich pracach można znaleźć radość i smutek.Kiedy maluję staram się mieć otwarty umysł i zgadzać się na przypadkowość. Gdy tworzę nie myślę nad czymś szczególnym, po prostu pozwalam mojej sztuce powstawać spontanicznie. Jestem pewien, że można znaleźć w tych rysunkach elementy tego, co czuję i tego, co przeszedłem w życiu. To interesujące jak różni ludzie reagują w różny sposób patrząc na to samo dzieło. Ludzie są skomplikowani.

L.M.W: Czy lubisz abstrakcyjne obrazy? Co myślisz o tej formie sztuki? Próbowałeś kiedyś tworzyć w ten sposób?

G.F: Generalnie lubię malarstwo figuratywne, ale nie znaczy to, że nie lubię sztuki abstrakcyjnej. Kiedy tworzyłem więcej obrazów olejnych, wtedy tła z reguły pokrywałem abstrakcyjnymi motywami. Sprawiało mi to wiele przyjemności i dobrze kontrastowało z ilością szczegółów, które zwykłem przedstawiać na malowanych płótnach. Myślę, że w ten sam sposób czuję się gdy zabrudzam papier kawą I stosuję go jako tło do moich obecnych rysunków. Rozpryskuję kawę z wodą na papierze bez żadnego ładu i składu. Jest to dla mnie świetnym połączeniem dającym poczucie równowagi. Czasem kompletnie oddaję się abstrakcyjnemu tworzeniu, ale jednocześnie potrafię poświęcić wiele czasu nad szczegółami w jakimś z aspektów moich rysunków.A Journey of Hope and UncertaintyL.M.W: Gdybyś mógł spotkać jakiegoś artystę kto by to był i co byś chciał jemu/ jej chciał powiedzieć?

G.F:  Prawdopodobnie byłby to Theodor Seuss Geisel (Dr. Seuss).  Chciałbym zajrzeć do jego mózgu i móc zobaczyć pokłady wyobraźni, które się w nim znajdują.

L.M.W: Zainspirujmy naszych czytelników! Czy mógłbyś powiedzieć jaki jest twój ulubiony film?

G.F:  Hmmmm.  Nie potrafię powiedzieć jaki jest mój “ulubiony” ale kocham wszystkie filmy Wesa Andersona. Kiedyś podobały mi się również filmy dokumentalne Planet Earth. Dość często nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego co się dzieje poza naszymi małymi życiami, a przecież nasz świat jest naprawdę niesamowitym miejscem.

L.M.W: Dziękuję bardzo za wywiad. Życzę miłego dnia.

Nie zdziwiło mnie specjalnie, że Graham Franciose lubi filmy Wesa Andersona. Są właśnie utrzymane w tym uroczo dziecinnym stylu, który tak lubi artysta.

Bardzo wiele radości sprawiają mi te rysunki, słowem krytyki muszę napisać, że czasami czuję się przejedzona ich słodyczą. W takim wypadku robię sobie chwilę przerwy i wracam do tych rysunków kilka dni później. Muszę też dodać, że im dłużej przyglądam się tym pracom uświadamiam sobie, że faktycznie nie są może wykonane w najbardziej wyjątkowym stylu jaki powstał na świecie, jak to wydawało mi się na początku… Mimo wszystko prace te są tak niewinne i naiwne (w pozytywnym znaczeniu tego słowa)… iż odnoszę wrażenie, że nikt tak dobrze nie oddaje świata oczami dziecka.

timetomoveonNajbardziej interesują mnie rysunki postaci znajdujących się w kokonach. Część z nich ukrywa się przed światem, zapinając po samą szyję swoje ciepłe okrycie, a niektórzy z niepewnością wyglądają na zewnątrz. Coś ujmującego jest w tej konkretnej serii, jest inna i bardzo pomysłowa. W szczególności cenię sobie pracę „Time to move on„, w której z kokonu wystają tylko nogi. Kojarzy mi się trochę z małymi dziećmi, które się wstydzą przed dorosłymi.

Jest to sztuka, której potrzebują od czasu do czasu dzieci i dorośli. Pozwala odpocząć, wzruszyć się, uśmiechnąć. Ja osobiście gdy oglądam te prace czuje się jakbym mogła wejść do umysłów ludzi, których spotykam na co dzień.

A Wy co sądzicie? Też jesteście tak zauroczeni tą sztuką? Jeśli możecie piszcie proszę komentarze po angielsku by artysta mógł je odczytać 😉

The OrphanageJeśli wam się podobało zachęcam do subskrybowania mojej strony i zajrzenia na fb ;).
Miłego dnia
Bluebird

Reklamy

2 Komentarze

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #7 – Graham Franciose – „Sometimes as we grow older we lose that childlike imagination and wonder. I hope to bring that out. „

Hello!

Recently I was very lucky to have my interviews. Three months ago I had written to Graham Franciose. I saw his drawings on the internet, they were shared by some facebook sites. I am not sure if it was a matter of moment, or I really was so charmed, but I had fallen in love with those works at first sight. I opened the artist website and before I was even able to blink I was in the middle of writing a proposal for the interview. I think You might be interested in what Graham Franciose has to say. He is very colourful and, even in might seem different, positive 🙂 Enjoy! If You rather to read translated polish version here is a link: https://jednymslowemsztuka.wordpress.com/2015/07/13/sztuka-pod-ostrzalem-7-graham-franciose-gdy-dorastamy-zatraca-sie-w-nas-wyobraznia-i-marzenia-chce-na-nowo-wydobywac-z-ludzi-te-wartosci/

Fall is His FavorieLara Malan Woodgate: How Your journey with art start? Was it Your aim from the very beginning?  Do You feel sometimes tired?

Graham Franciose:  I grew up in a very creative household and always loved to draw.  I started collecting comic books when I was probably 7 or 8 and would try and draw the characters.  My parents were very supportive, and I guess I just never stopped.  When I was trying to decide what I was going to go to college for, my father said, „What would you do if you didn’t have to worry about making money?  What makes you happy?”. That’s when I decided to get my BFA in Illustration.  So yes, I would say I always wanted to be making art, and with a gentle nudge and the support of my family I made leap. I think, like any job, being an artist can get tiring.  Sometimes you have to work with difficult clients, sometimes your work isn’t selling, sometimes it’s selling too fast and you can’t keep up.  I wouldn’t trade it for anything else though!

L.M.W: The paintings are made like as for a child but they are too mature. To who is Your art addressed?

G.F:  Well, I wanted to be a children’s book illustrator when I got out of college, and even though I didn’t really go in that direction, my work still has a children’s book feel.  With my work I am trying to show a sliver of a story that is open ended and open to interpretation.  I hope it ignites the imagination in whoever is viewing it.  Sometimes as we grow older we lose that childlike imagination and wonder.  I hope to bring that out.  My work is for everyone.

L.M.W: Where does your inspiration come from? Is it in music, other paintings, or maybe in observations of the world?

G.F:  Inspiration comes in all forms for me.  I think the biggest source of inspiration is nature.  I love to be outside, hiking around in the woods and observing all the plants, moss, leaves, animals, wind, dirt and sky.  When I was a kid I would always go play out in the woods and imagine all kinds of scenarios, so going out in nature now brings me back to that childlike sense of wonder and imagination.

the GiverL.M.W:  I can’t find a work of yours were somebody is smiling from ear to ear. Even though I find your art optimistic in some way. What do You fell while painting? Is your art reflection of your feelings?

G.F:  Some people view my work as sad.  I personally don’t see them that way.  I think there is an underlying message of hope in most of my pieces even though it may seem a bit melancholy on the surface.  Like everyone, the characters in my work have sadness and happiness in them.  When I paint I try and keep my mind open and just let the work happen.  I don’t consciously think of anything in particular, the piece just kind of builds on itself.  I am sure there are parts of what I am feeling in my life that come through.  The interesting thing is how different people get different reactions from the same piece or see different emotions.  People are complicated.

L.M.W: Do you like abstract paintings? What do you think about that kind of art? Had you ever tried to paint like that?

G.F:  I am generally drawn to figurative painting, but I don’t dislike abstract art.  When I was doing more oil painting I would mask off the subject matter of the piece and paint these loose abstract backgrounds.  It was very freeing and enjoyable and a nice contrast to the very detailed and tight painting I usually do.  I guess I feel the same way when I coffee stain the paper that I use in my current work.  I get to splash coffee and water around with no guidelines or restrictions.  It’s a good balance for me.  I can be loose and abstract with one aspect of a piece and then get in close and work on the subject matter and details with my little pen and brushes.

A Journey of Hope and UncertaintyL.M.W: If you could meet any artist who would it be and what would you say to him/her?

G.F:  Probably Theodor Seuss Geisel (Dr. Seuss).  I would just like to pick his brain and see his imagination at work in person.

L.M.W: Let inspire other people! Could you display what is your favorite movie?

G.F:  Hmmmm.  Can’t say I have a ‚favorite’ movie, but I love all the Wes Anderson films.  I’ve been really into the Planet Earth documentaries.  Our world is really pretty amazing and we often don’t even realize what is going on outside of our small lives.

L.M.W: Thank You for this interview. Have a nice day.

I wasn’t surprised that Graham Franciose is into Wes Anderson movies. They are made in that endearingly childish style, which is so admired by the artist.

Even I really like those drawings I must say that sometimes I feel overeaten by them. In that case I give myself few days of break and come back to Graham Franciose art later. Furthermore the longer I observe those works I start to see that actually the style is not so exceptional as I thought at the first place. But even though it doesn’t change the fact that the biggest advantage of the drawings is the never ending imagination. They are so innocent and naive (in a positive way of that word)… that I feel like there is no other person who could show the world so perfectly from the childish point of view.

timetomoveonI am mostly interested in the works which are presenting people in some kind of cocoons. Some of them are hiding from the world, and the other ones are looking tentatively beyond them. There is something fetching in that particular series of drawings, it is very imaginative. Mostly I like „Time to move on”. Except the cocoon only legs are visible. It remains me small children who are scared of the adults.

I think it is art which is needed both by children and adults. It permits to have a break, to feel touched and to smile. When I look at those works I feel like I could look into other people heads and see life through their eyes.

The OrphanageAnd what do You think about Graham Franciose art?
If You liked the interview please remember to subscribe my blog 🙂
Have a nice day
Bluebird

2 Komentarze

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #6 – Dominik Jasiński – „Myślę, że gdybym nie odkrył w sobie żyłki do sztuki to zapewne zostałbym lekarzem.”

Witajcie!

Jak to się często dzieje przy prowadzeniu blogów, brakowało mi ostatnio czasu na pisanie. Myślę sobie „jutro”. Nie, nie… wtedy muszę pojechać do miejsca XYZ. To za pięć dni! Też odpada, muszę zrobić to i tamto. Nagle mija miesiąc, a ja myślę że przecież dopiero co skończyłam ostatni post. Dzisiaj chcę się podzielić wywiadem, który przeprowadziłam z Dominikiem Jasińskim. Do 11 lipca będzie można podziwiać jego wystawę „Hedonizm” w galerii Dagma Art. Zainspirowało mnie to wydarzenie do zadania artyście kilku pytań. Wywiad jest długi. Nie potrafię być brutalnym montażystą i ucinać zdań, które mogą się „dłużyć”, czy „nudzić”. Mam nadzieję, że czytanie tych odpowiedzi sprawi Wam tyle przyjemności co mi. Zapraszam! 🙂

You don't stand a chanceLara Malan.W: Cześć! Na początek chciałabym Cię zapytać o główny temat Twoich prac – człowieka. Ten motyw, a szczególnie przedstawienie kobiety często można dostrzec na płótnach. Co najbardziej interesuje Cię w człowieku? Na co zwracasz uwagę?

Dominik Jasiński: Dzień dobry 🙂 Od zawsze pociągała mnie budowa ludzkiego ciała i złożoności anatomii. Odkąd pamiętam człowiek stanowił dla mnie najtrudniejszy ale i najbardziej wdzięczny temat do malowania, a uchwycenie proporcji ciała, wyrazu twarzy i idących za tym emocji jest odwiecznym wyzwaniem. Myślę, że gdybym nie odkrył w sobie żyłki do sztuki to zapewne zostałbym lekarzem.

Generalnie w postaci ludzkiej najwięcej uwagi poświęcam twarzy i rękom. Sposobem namalowania oczu można powiedzieć tak wiele! Jako odskocznię od pracy przy płótnach traktuję bardzo anatomiczne rysunki, lubię też wiedzieć co znajduje się pod skórą – jak układają się mięśnie, nerwy i kości. Ta pozornie chaotyczna plątanina żył i ścięgien składa się przecież na najbardziej wyspecjalizowaną istotę na ziemi – na człowieka. W domu posiadam kilkanaście atlasów anatomicznych, do których często zaglądam.

L.M.W: Kogo najchętniej malujesz? Masz swoich wybranych modeli, są to osoby tobie bliskie czy przypadkowe?

D.J: Maluję każdego, kto mnie czymś urzeknie. Wiele portretów na zamówienie – te są dla mnie najtrudniejsze, bo wiem, że zamawiający oczekuje pracy nie tylko dobrej malarsko ale i portretu, który z dumą powiesi na ścianie. Najłatwiej maluje się siebie, bo nikt się nie obrazi jak namaluję krzywy nos czy niesymetryczne oczy – a tyle w tym zabawy!

L.M.W: Na około malowanego człowieka znajduje się duża ilość rozmaitej flory. Czy ona coś symbolizuje?

D.J: Najważniejszym elementem na obrazie jest portretowana osoba. To, co dzieje się wokół ma za zadanie dopełnić całość, podkreślić osobowość lub nastrój panujący na obrazie. Motywy roślinne wybieram właśnie na zasadzie dopełnienia natury portretowanej osoby. Czasami z rozwagą i pełną świadomością tego, co symbolizują, czasami tylko ze względu na ich formę czy kolor.

Przez długi czas fascynowała mnie estetyka secesyjna, a tam można znaleźć wiele inspiracji naturą. Ostatnio świadomie odchodzę od tych secesyjnych wpływów roślinnych na rzecz architektury a nawet tła jednolitego kolorem – lubię eksperymentować.

L.M.W: Skąd czerpiesz inspirację? Co, lub kto jest dla Ciebie źródłem największej liczby pomysłów?

D.J: Nigdy nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony inspiruje mnie wszystko wokół – światło, ludzie na ulicy, widok za oknem. Z drugiej strony żeby pojawił się w mojej głowie pomysł na obraz potrzebuje już czegoś bardziej konkretnego – kolor buta, gdzieś zobaczone graffiti, grymas na twarzy…

Kiedyś każde wyjście na wystawę czy do galerii obarczone było myśleniem „nie obserwuj za dużo, bo zaczniesz kopiować”, a teraz po każdym wernisażu aż kipi we mnie energia do pracy! To taka zdrowa motywacja – widzę, co dzieje się w świecie sztuki i ilu jest kreatywnych młodych twórców i to napawa mnie chęcią robienia przeróżnych rzeczy na płótnie, wyzwala we mnie chęć spróbowania innych technik, innego podejścia do tematu. Lubię czuć taki niedosyt twórczy, bo wiem, że kolejny mój obraz będzie lepszy od poprzedniego.

The secret life of camelsL.M.W: Czy zamieszkanie w Kuwejcie mocno wpłynęło na Twoje prace? Jeśli można zapytać dlaczego akurat to miejsce wybrałeś na swój nowy dom?

D.J: Zarówno Kuwejt jak i cały Bliski Wschód to dla mnie teraz kopalnia wiedzy i pomysłów. Poznawanie tamtejszej kultury, zwyczajów i historii z pewnością przenosi się na to co i jak maluję. Bliskowschodnia estetyka, bogactwo wzorów, legendy, a także tragiczna historia regionu to novum, z którego czerpię garściami. Mimo, że jestem tam, to nie zapominam skąd pochodzę. Takie funkcjonowanie w dwóch różnych światach kulturowo – obyczajowych otwiera człowiekowi oczy. Stałem się z pewnością bardziej tolerancyjny, a jednocześnie z większym szacunkiem podchodzę do swoich korzeni.

Przeprowadziłem się do Kuwejtu z powodów osobistych, pojechałem trochę w ciemno, uzbrojony zaledwie w garść ogólnodostępnych informacji o tym kraju. Teraz uczę się lokalnego języka, kaligrafii i weselnych tańców. Dużym zaskoczeniem było dla mnie podejście Kuwejtczyków do sztuki – tam na obrazach się nie oszczędza, mają trochę większą świadomość, że sztuka to inwestycja. Mają też ogromne domy z olbrzymimi ścianami, więc maluję coraz większe prace. Pomijając pewne zakazy (to co można, a czego nie można pokazać) – z punktu widzenia artysty to naprawdę region świata, gdzie ze sztuki można spokojnie wyżyć.

L.M.W: Niedawno miało miejsce otwarcie Twojej wystawy pt. „Hedonizm”. Odnoszę wrażenie, że to dość ironiczne. Założeniem wystawy jest cieszyć się, cieszyć oko, mieć chwilę oderwania. Gdy patrzę jednak na te obrazy jedyne co wydaje mi się pozytywne to barwy, kontrastujące ze smutnymi postaciami. Czy Ty też tak to odbierasz? Czy uważasz, że te postacie faktycznie są szczęśliwe?

D.J: To jest taki mój hedonizm. Dawno temu nauczyłem się cieszyć życiem i swoją pracą – chyba dlatego malowanie daje mi tyle radości. Każdy kolejny obraz to mieszanka afirmacji świata mnie otaczającego i moich subietktywnych emocji. Rzeczywiście nie wszystkie portretowane osoby śmieją się od ucha do ucha, ale zawsze powtarzam, że z wyszczerzonymi zębami na obrazie kiepsko się wygląda 🙂Do not lieKiedyś w malarstwie używałem dużo czerni, do momentu kiedy mój profesor z warszawskiej ASP zasugerował, żebym czarny kolor zupełnie odstawił – od tego czasu uczę się wyrażać swoje emocje przy użyciu jak największej ilości koloru. Od czasu do czasu zagłębiam się w bardziej monochromatyczne kompozycje, ale ogólnie te wszystkie kolory siedzą głęboko we mnie.

Prace oglądać można do 11 lipca w Galerii Dagma Art w Katowicach, serdecznie zapraszam.

L.M.W: Czy gdybyś miał możliwość spotkania się z jakimś artystą, obojętnie kim, nawet z przeszłości, kto by to był i co chciałbyś tej osobie powiedzieć?

D.J: Jest wielu artystów, których chciałbym poznać gdyby była taka możliwość. Głównie po to, żeby im podziękować – Klimtowi i Musze za pokazanie mi przepięknej stylistyki Fin de Sciecle, Toulouse-Lautrec’owi za obudzenie we mnie erotyzmu, Gaugain’owi za kolor, Monet’owi za światło… ale z pewnością najgorętsze rozmowy prowadziłbym z Egonem Schielle, którego powykręcane anatomicznie postaci są dla mnie nieustającą inspiracją.

L.M.W: Dziękuję za wywiad.

Czas na kilka słów komentarza. Obrazy Dominika Jasińskiego są tak barwne jak jego osobowość. Jest to sztuka, która ma wiele twarzy. A pod wenecką maską pełną barw i zdobień można odnaleźć oblicze zaskakująco smutne. Choć nie dzieje się tak zawsze to jednak w każdej z postaci można dostrzec coś, czego nie spodziewa się na pierwszy rzut oka. Dobór kolorów, mocne kontury, często dokładne wykończenia sprawiają, że dzieła te stają się wręcz ikoniczne. Człowiek, i jego osobowość zostaje oddana nie tylko za pomocą ekspresyjnej kreski i mocnych odcieni ale także otaczających motywów roślinnych.

Bardzo interesuje mnie obraz „Primavera”. Kobieta, której twarz jest podkreślona mocnym konturem wydaje się zupełnie nie pasować do otaczającej ją przestrzeni. Jakby znalazła się w raju, w którym może mieć wszystkie dobrodziejstwa świata i spędzać czas jedynie na przyjemnościach. Czego dobrym symbolem wydają mi się namalowane winogrona. Namalowana postać nie chce jednak tam być i pragnie uciec jakby poza obraz, daleko od tej sytuacji, w której się znajduje.primaveraMimo wszystko brakuje mi czegoś… osobistego w tych pracach. Wydają mi się ładne, egzotyczne, i jak już pisałam – ikoniczne. Patrząc na nie nie odczuwam jednak aby były unikalne. Wiem, że trudno jest wytworzyć swój własny rozpoznawalny styl. Nie zamierzam tutaj pisać, że Dominik Jasiński go nie ma. Problemem, który dostrzegam jest brak własnego pomysłu, czerpanie z wielu źródeł ale bez dodania jakiegoś osobistego akcentu.

A Wy co sądzicie? Zapraszam do dzielenia się własnymi opiniami.

Bluebird

3 Komentarze

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #5 – Agata Kosmala „Okno jest tym, co nas łączy, ale i oddziela od świata zewnętrznego.”

Witajcie! Ostatnio miałam okazję zapoznać się z twórczością Pani Agaty Kosmala. Postanowiłam przeprowadzić z Panią Agatą wywiad by przybliżyć sobie, zarówno jak i innym sztukę artystki. Zapraszam do wywiadu i mojego krótkiego komentarza :).

Bluebird: Witam serdecznie. Bardzo jest mi miło, że mogę z Panią porozmawiać. Pani styl jest bardzo oryginalny. Patrząc na jakikolwiek obraz można powiedzieć „O! Jest autorstwa Pani Agaty”. Pomijając abstrakcyjne mieszanie się barw pojawia się też harmonia, która powstaje dzięki geometrycznym kształtom, prostym liniom. Koncepcja wydaje mi się naprawdę ciekawa. Skąd pomysł na zderzenie tak różnych form?

Agata Kosmala: Maluję to czego doświadczam i to co widzę. Przetwarzając przez pryzmat swoich wartości. Jest to spontaniczny i prywatny zapis rozumienia świata. Pomysł na obraz jest efektem obserwacji otaczającej mnie rzeczywistości – przedmiotów, przyrody, ludzi – które odtwarzam przekształcając. I ten odtwarzany świat jest pretekstem do opowiedzenia o emocjach, uczuciach, uniwersalnych wartościach.

Tak jest na przykład w namalowanym kilka lat temu cyklu „samotność przedmiotu – stół”. Ten stół – przedmiot, tradycyjne miejsce, przy którym ludzie się spotykają, kontaktują, są lub bywają razem, stał się dla mnie pretekstem do opowiedzenia także o świecie samotności. I nie jest ona zamknięciem, jakimś ograniczeniem, ale wręcz odwrotnie. Jest to przestrzeń pełna inspiracji i pozytywnych możliwości. Pozostając przy tym przykładzie: stół, będący określoną formą geometryczną, posiadającą swoje granice, ostre brzegi, zderzam z przedstawionymi z taką samą intensywnością miękkimi serwetami, niby banał ale powstają emocje. W ten sposób chcę zaprosić odbiorcę do okrywania w sobie własnych wartości, do dialogu z sobą samym, z obrazem i ze mną.

B: Z tego co widziałam Pani prace idealnie wpasowują się do rozmaitych wnętrz, są ich wypełnieniem. Czy funkcja estetyczna jest jedynym celem jaki wyznacza sobie Pani przy tworzeniu prac?

A.K: Pracując nad danym obrazem z reguły nie wiem do jakiej przestrzeni, do kogo i gdzie trafi. Jeżeli wpisuje się ono w konkretne wnętrze, to jest to kwestia wyobraźni i wyczucia nabywcy oraz doradzającego właściciela galerii. I skoro moje obrazy dobrze pasują do danego miejsca to oznacza, że występuje wspólna estetyka obu tych przestrzeni. Niemniej przede wszystkim chcę, żeby moje obrazy nie były obojętne dla odbiorcy. Chcę, żeby inspirowały, uwrażliwiały a może nawet niepokoiły. W tym znaczeniu ich funkcja estetyczna nie tylko nie jest jedynym celem powstania pracy, ale nawet nie jest celem samym w sobie.

B: Dla przykładu jedną z takich galerii, która ostatnio bardzo Panią doceniła jest Food Art Gallery. Muszę przyznać, że tworzy Pani niesamowicie barwne dzieła. Czy kolory dobierane są w sposób spontaniczny, czy najpierw rozmyśla Pani nad połączeniem i tym, czy będą razem dobrze współgrać?

A.K: Rzeczywiście współpraca z Food Art Gallery, która jest doskonale przygotowana do ekspozycji sztuki, i której profesjonalizm chcę podkreślić, daje mi ogromną satysfakcję. Przy okazji chcę za tę współpracę serdecznie podziękować właścicielce – Pani Annie Gendaj. Obecnie prezentuję w Food Art Gallery cykl prac zatytułowany „Pomiędzy”, w którym głównie za pomocą koloru, ale i zawartych w obrazach formach geometrycznych, staram się zadawać odbiorcom moje pytania. Użyta w tym cyklu gama barw jest wypracowana, nie ma barw przypadkowych, niemniej nie oznacza to braku emocji w doborze poszczególnych braw. Za pomocą koloru, jego nasycenia i różnorodności, poszukuję – i widza także nakłaniam do poszukiwania – tego czegoś „pomiędzy”. Nie stawiam na spontaniczność, ale także nie jest tak, że rozpoczynając malować dany obraz, grę kolorów mam już ściśle przewidzianą, wystudiowaną i ma mnie ona zaprowadzić do zakładanego z góry efektu końcowego.

B: A na jakim nastroju obrazu zależało Pani najbardziej?

A.K: Chciałabym, i taki zakładam sobie cel, żeby moje obrazy były przede wszystkim inspirujące, żeby skłaniały odbiorcę do przemyśleń. W takim znaczeniu nie dążę do osiągnięcia jakiegoś konkretnego nastroju – ani w obrazie, ani u widza. Trochę żartem można powiedzieć, że moje obrazy są społecznie niezaangażowane.

B: Praca „Okno” z cyklu „Pomiędzy” jest nietypowym pomysłem na przedstawienie przedmiotu codziennego użytku. Zawsze mnie interesowało skąd artyści czerpią inspirację. W jakich okolicznościach, jeśli można się zapytać, zrodziła się koncepcja na ten malunek?

A.K: Tak jak wspominałam wcześniej przedmioty codziennego użytku, i to co nas otacza, są tylko pretekstami do opowiadania. Okno jest tym, co nas łączy, ale i oddziela od świata zewnętrznego. Jest swoistą bramą, którą możemy zamknąć lub otworzyć. Ten konkretny obraz jest osobistym zapisem procesu otwierania się oraz zamykania na rzeczywistość. Procesu który jest chwilowy i ulotny. I który można odwrócić.

B:  Współczesny rynek sztuki wydaje się być spragniony nowych artystów. Czy ma Pani jakiegoś faworyta? Może dobrego znajomego, który jest źródłem inspiracji?

A.K: Do moich „faworytów” na pewno zaliczają się Pierre Soulages oraz Kazuo Shiraga.

B:  Na koniec chciałabym zapytać o Pani ulubioną postać ze świata sztuki, z którą chciałaby się Pani spotkać. Co chciałaby Pani jej/jemu powiedzieć?

A.K: Moją ulubioną malarką jest mieszkająca w Paryżu Koreanka Kyung Ae Hur – po prostu pogratulowałabym jej bardzo dobrych i mnie osobiście bardzo inspirujących prac.

Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie, łyżko durszlakowa! ~ „Szare eminencje zachwytu”
Z twórczością Pani Agaty i słynnym „Oknem” z cyklu „Pomiędzy” kojarzy mi się twórczość Mirona Białoszewskiego, dla którego źródłem fascynacji nad światem są rzeczy codziennego użytku.

Nie można powiedzieć, że Pani Agata nie ma na siebie żadnego pomysłu. Tworzy odrębną, rozpoznawalną dla siebie formę sztuki. Obrazy abstrakcyjno – geometryczne są wyrazem XXI wieku. Artystka idzie z duchem czasu i rozwija się w tym. Dzieła są niedopowiedziane do końca, pozostawiają przestrzeń dla odbiorcy. Jedyne czego mi brakuje to skonkretyzowania myśli. To zrozumiałe, że tworząc pragnie się uniwersalności, tak by każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Wydaje mi się jednak, że nazwanie rzeczy po imieniu czasem ułatwia sprawę odbiorcy i ułatwia poznanie artysty. Patrząc na dzieło sztuki znajomość myśli artysty wydaje mi się bardzo istotna.

Zachęcam do dzielenia się własnymi opiniami na temat twórczości Pani Agaty 🙂 Więcej na temat artystki można znaleźć:
http://agatakosmala.com/

Bluebird

P.S Na blogu umieściłam obrazy tylko i wyłącznie z cyklu „Pomiędzy”.

3 Komentarze

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #4 Justyna Pennards – Sycz: „(…) i tylko w sztuce ocean jest mój”

Dzień dobry!

Miałam niedawno przyjemność przeprowadzić wywiad z Panią Justyną Pennards – Sycz. Artystka ma wiele interesujących myśli do przekazania, opowiada o swojej fascynacji kulturą Japońską, a także o tym, jakie znaczenie w jej sztuce mają barwy. „Eksperymentując z kolorem można widzowi podsunąć pewne skojarzenia, zaskoczyć go, wywołać w nim irytację, spokój, zdziwienie… ” Polecam przeczytać całość aby wykreować własną opinię na temat sztuki Pani Justyny,a także żeby poznać bliżej współczesnych artystów.

Justyna Pennards-Sycz, Physalia physalis uczy sie latac #2, 120 x 80 cm, akryl na plotnie, 2013

Justyna Pennards – Sycz: Absolwentka Gymnasium Paulinum w Münster. Studia ekonomiczne na Westfalskim Uniwersytecie Wilhelma w Münsterze oraz artystyczne (specjalizacja: malarstwo) w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych Hogeschool voor de Kunsten w Utrechcie. Tłumacz rosyjsko-niemiecki oraz polsko-niemiecki w latach 1992-1994. Project manager oraz specjalista ds. komunikacji wewnętrznej. Od 2005 roku malarka w duchu abstrakcjonizmu. Działaczka grupy artystycznej “Fundacja Absoluut” w Amersfoort. Mieszka i pracuje w Holandii.

Bluebird: Dzień dobry. Jest Pani malarką abstrakcyjną, więc nie mogę zacząć bez zadania tego sztandarowego pytania, dlaczego akurat ten nurt? Co Pani zdaniem odróżnia go od innych?

Justyna Pennards – Sycz: Niewątpliwie sztuka abstrakcyjna jest mi bardzo bliska, jednak własną twórczość umiejscawiam na granicy abstrakcji i figuracji. Obrazy traktuję jako przestrzeń bardzo prywatną, patrząc na nie i mając na uwadze proces ich powstawania, zawsze jestem w stanie wskazać myśli i uczucia, które mi wtedy towarzyszyły. Po drugiej stronie znajduje się odbiorca, któremu staram się pozostawić jak największe pole do interpretacji. Lubię, gdy obraz jest niejednoznaczny, bo taka otwarta perspektywa zostawia widzowi miejsce na dodanie własnych przeżyć i sprawić, by dzieło żyło nie tylko moim własnym życiem. Label „abstrakcja” w tym kontekście wydaje mi się narzuconą odgórnie kategorią.

B: W rozmowie dla „Polskiego Radia Katowice” mówiła Pani dużo o znaczeniu barw. Czy nadaje Pani barwom symboliczne znaczenie? Matisse, na przykład, dawał odbiorcom podpowiedź jak rozszyfrować jego wycinki mówiąc, że czerń symbolizuje przemoc, a niebieski naturę. Jeśli tak, to czy mogłaby Pani podsunąć odbiorcom Pani sztuki kilka przykładów?

J P- S: Symbolika barw jest zakorzeniona w kulturze. Na przykład biel, nam kojarząca się z niewinnością, czystością i sferą duchową, w Chinach i Japonii jest kolorem żałoby i śmierci. Nie da się uciec od kręgu kulturowego, w którym się dorastało. Mam więc świadomość, że tworzę, nawet nieświadomie, wedle pewnego schematu kolorystycznego. Z drugiej strony barwa w kompozycji malarskiej działa w relacji do innych barw. Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy jak takie relacje mogą przekładać się na nasze czysto fizyczne doznania, percepcję. Przykładowo ludzkie oko z dużą dokładnością wskaże kolor czerwony nawet z ogromnej odległości, dlatego wydaje nam się, że jest to barwa bliższa niż np. niebieski. W tym sensie możemy mówić o pewnej uniwersalności koloru, choć i od tej reguły zdarzają się odstępstwa, jak chociażby słynny przypadek Claude’a Moneta, którego twórczość miała istotny związek z nieostrym widzeniem barw, spowodowanym przez zaćmę. Spróbujmy nadać kolorom kształt, np. jeżeli namaluję niebieskie drzewo na czerwonym tle, to odbiorca odniesie wrażenie, że jest to otwór w czerwonej ścianie, przez którą patrzy na niebo. Mało kto zobaczy naprawdę drzewo, bo przecież niebieskich drzew nie widuje się często, za to czerwone ściany do rzadkości nie należą. Eksperymentując z kolorem można widzowi podsunąć pewne skojarzenia, zaskoczyć go, wywołać w nim irytację, spokój, zdziwienie… Na tym właśnie staram się opierać moją twórczość.

Justyna Pennards-Sycz, Japonia 4, 90 x 120 cm, akryl na plotnie, 2013Na tym jednak nie kończy się granica koloru, który sam w sobie stanowi składową kilku elementów, jak saturacja i jasność. Praktycznie każdy artysta używa kolorów które zna najlepiej, które ceni jako narzędzie twórczej wizji, a które ostatecznie stają się jego własną paletą kolorystyczną. Paleta ta staje się w końcu znakiem rozpoznawczym artysty. Moja paleta jest dość obszerna, jaskrawa i jakby krzykliwa, bo kolory zazwyczaj pozostawiam bardzo nasyconymi. Wynika to poniekąd z tematyki prac – trudno myśleć o mieście pozbawionym kolorowych neonów przepijających się przez noc.

B: Dużo się mówi o Pani na stronach związanych z designem i dekoracją wnętrz. Pani sztuka ma wymiar estetyczny, jest nietypowa. Czy jest jednak coś ponad zaskakujące kompozycje w Pani dziełach? Ma Pani jakieś własne, ukryte przemyślenia? Przeczytałam w jednym z wywiadów, że cykl Tsunami, był odniesieniem do trzęsienia ziemi w Japonii. Ujęła Pani w tych obrazach paradoksalnie piękno z tragedią jednocześnie.

J P- S: Każdy cykl i każdy obraz jest formą opowiadania o zdarzeniach mniej lub bardziej poruszających, miejscach odległych i bliskich. Moje inspiracje nie są tajemnicą, natomiast, jak już wspomniałam wcześniej, nie narzucam ich widzom. Przykładowo cykl Ocean pierwotnie był powracającym marzeniem sennym o niekończącym się poszukiwaniu morza, chęcią zanurzenia się w bezkresie oceanu, który z dziwnych przyczyn nie daje się odnaleźć, do którego nie można trafić. Woda jest symbolem życia, więc sen zinterpretowałam jako tęsknotę za czymś pozostającym ciągle poza moim własnym zasięgiem. Własne wrażenia przelałam na papier i tak narodził się mój własny Ocean. Po namalowaniu pierwszych, dość realistycznych obrazów z tego cyklu poproszono mnie o tekst do katalogu. Uczucia trudne do wyrażenia słowami zamknęłam w formie wiersza, kończącego się słowami: „(…) i tylko w sztuce ocean jest mój” . Do dziś wspominam ten moment, bo oto zdałam sobie sprawę jak naturalne dla człowieka jest przywiązanie do czegoś lub kogoś. Artysta nigdy nie będzie w stanie odizolować się od świata. Zamiast walczyć, postanowiłam znaleźć złoty środek i pozytywne (czyt. kreatywne) brzmienie własnej sztuki. Po Oceanie stworzyłam dwa kolejne cykle, które w pewien sposób rozwijały uprzednią myśl: były to małe formaty Lampeduza, zainspirowane losem uciekinierów z Afryki oraz wspomniane Tsunami, gdzie w ramach jednej kompozycji zestawione zostaje przerażenie i fascynacja destruktywnym pięknem trzęsienia ziemi w Japonii.

Justyna Pennards-Sycz, Japan 3, 80 x 100 cm, akryl na plotnie, 2011W każdym następnym kroku twórczym odbija się wszystko, co do tej pory namalowałam, pomyślałam, przeżyłam. Są cykle spokojniejsze, np. Japonia, i bardziej niepokojące – tak jak najnowszy, w którym wróciłam do tematu miast nocą.

Tematyka obrazów idzie w parze z ich potencjałem poznawczym – przestaję kontynuować cykl, gdy czuję, że kolejny obraz nie wniesie do cyklu niczego nowego. W takich sytuacjach instynkt podpowiada mi, że rezultat zwyczajnie mnie nie zadowoli. Każdy obraz musi być pewnego rodzaju walką, wyzwaniem, frustracją i przemyśleniem. Cieszy mnie, że moje obrazy stają się częścią codziennego życia kolejnych osób, bo oznacza to, że mówią o świecie i człowieku coś więcej, aniżeli pozostawione w samotności przedstawienia zalegające w galeriach sztuki. Dzieło sztuki oglądamy średnio 4 sekundy, gdy nam się podoba, to oglądamy je całe życie. Dążę więc do tego, aby moje obrazy były częścią czegoś większego.

B: W cyklu „Japonia i ocean” widać delikatność kultury dalekiego wschodu. Kreski są bardzo subtelne i dopieszczone. W tryptyku „Physalia Physalis” mam nawet wrażenie, że dostrzegam piękne, egzotyczne ptaki. Skąd u Pani fascynacja kulturą dalekiego wschodu? Posiada Pani ulubionych artystów, którzy są dla Pani specjalnie inspirujący?

J P- S: Fascynacja Japonią pojawiła się dość niespodziewanie, choć mam nieodparte wrażenie, że była ze mną zawsze. Kraj kwitnącej wiśni jest jak inna planeta – mentalność Japończyków, ich codzienność, mit tradycyjnej kultury japońskiej opartej na honorze i bogatym ceremoniale jest niezwykle urokliwy. Do dziś uczę się języka japońskiego, choć prawdopodobnie biegłość będę ćwiczyć do końca swojego życia. W międzyczasie zachwyciła mnie tamtejsza sztuka i dizajn. Lubię też niektórych japońskich pisarzy. Fascynuje mnie prostota wyrazu połączona z minimalnymi, lecz aż nader efektywnymi środkami, znana już od dawna z japońskich drzeworytów. Przyznam się też do słabości kupowania przedmiotów „made in Japan”. W przedziwny sposób zawsze zdarzy mi się znaleźć coś pochodzącego z tego kraju.

Justyna Pennards-Sycz, W prawo, 100 x 140 cm, akryl na plotnie, 2013Osobiście znam tylko jednego japońskiego artystę, Hidenori Mitsue, który studiował na tej samej akademii w Utrechcie. Kiedyś powiedział mi:

„Jak tu przyjechałem, już po studiach na ASP w Japonii, to się bardzo zdziwiłem, że holenderscy studenci tak dobrze potrafią mówić o swoich dziełach, a tak okropnie malują. Nie mają pojęcia o technice. W Japonii sztuka musi być po prostu ładna.”

Jestem tego samego zdania. Możne dlatego czuję sympatię do Japonii.

B: Niedawno otworzyła Pani własną galerię sztuki. Skąd ta decyzja? Jaki wyznaczyła sobie Pani cel w prowadzeniu tej działalności?

J P- S: Galerie otworzyłam wspólnie z dwoma innymi artystami. Przyświecają nam dwa podstawowe cele: po pierwsze chcemy stworzyć platformę dla mniej znanych, utalentowanych artystów, w ramach której będą mogli prezentować sztukę szerszej publiczności. Drugim celem jest nowy model sprzedażny sztuki – chcemy, aby publiczność się nas nie bała, aby chętnie nas odwiedzała. Innymi słowy marzy nam się miejsce spotkań, przyjazne zarówno artystom, jak i wszystkim osobą zainteresowanym sztuką. Reprezentujemy na razie 15 artystów i szukamy nowych, aby kolekcja się często zmieniała. Myślę, że mamy duże szanse na sukces. Wierzę w ten projekt, choć mam świadomość, jak wielkie stanowi on wyzwanie.

Justyna Pennards-Sycz, Światło cię zaprowadzi 1,  100 x 150 cm, akryl na plotnie, 2014B: Cykl „Noc” wydaje się być malowany „na gorąco”. Mam wrażenie, że te obrazy były malowane spontanicznie, jakby stała Pani w jakimś miejscu nocą i malowała. Czy tworzy Pani obrazy w różnych miejscach, czy jedynie w pracowni?

J P- S: Obrazy rzadko maluję w plenerze, choć bardzo to lubię. Noc niesie z sobą pewien dreszczyk emocji, w każdej chwili może wydarzyć się coś niespodziewanego. Wspiera ona z pewnością wyobraźnię. Problem zaczyna się w momencie, gdy zaczyna brakować nam światła, a najczęściej nocą nie potrafimy poprawnie odczytywać barw. Zmusza mnie to do pracy w pracowni. Czasem robię zdjęcie, na którego podstawie tworzę obraz. Zdjęcie przypomina mi moment, w którym zwiedzałam dane miejsce. Zaczynam od kilku linii, po czym zdjęcie nie jest mi już potrzebne. Maluję spontanicznie tak długo, aż czuję, że konieczna jest przerwa. Jestem wtedy jak w transie.

B: Skąd czerpie Pani głównie natchnienie? Mówiła Pani w poprzednich wywiadach bardzo dużo o naturze. Czy jest jeszcze coś innego poza nią?

J P- S: Na obrazach dostrzegamy elementy natury i architektury, jednak moją prawdziwą inspiracją są emocje, które towarzyszą mi w czasie podróży i poszukiwań. Za pomocą natury wyrażam tęsknotę za nieznanym. Szukam miejsca, w którym moglibyśmy trwać pełnią życia.

B: Dziękuję serdecznie za wywiad i życzę sukcesów w dalszej twórczości o oczywiście nowej galerii.

Justyna Pennards-Sycz, Ocean 2, 100 x 140 cm, akryl na plotnie, 2013Jestem dość poruszona sztuką Pani Justyny. Obrazy malarki odbieram z dużą wrażliwością. Przede wszystkim imponuje mi przedstawianie tematów ważnych, wymagających uwagi w sposób tak pieszczotliwy, precyzyjny i zachwycający oko. Jest to paradoks przed którym stawia nas autorka tych dzieł. Niektóre prace przedstawiają tematy, które z założenia powinny być smutne i wprawiające w zamyślenie. Jednak w zamian za to intensywność barw, przemyślana kompozycja wprawiają w zachwyt, i momentami, dobry nastrój.

Nietrudno dostrzec, że w wielu obrazach powielony jest podobny motyw jednolitego tła, które stało się już niemal symbolem rozpoznawczym malarki. Senne tło, kontrastujące często z mocnymi barwami wprawia w ukojenie i poczucie harmonii.

Oprócz tego jest jeden obraz, który bardzo przykuł moją uwagę. Jego tytuł to „Sunrise paradise”

Justyna Pennards-Sycz, Sunrise Paradise, 60 x 50 cm, akryl na plotnie, 2013

Przedstawione miasto i zatłoczona samochodami ulica, których kierowcy najpewniej zmierzają do pracy, skąpane są w świetle wschodzącego słońca. Most unosi się ponad miastem, a samochody poniżej niemalże roztapiają się w gorącym słońcu. Pierwsze co pomyślałam patrząc na ten obraz to: „złota godzina”. Jest to czas gdy słońce jest jeszcze na tyle nisko że rozprasza się podczas długiej podróży przez atmosferę nadając otoczeniu bardzo plastyczne i ciepłe oświetlenie. Stąd rozumiem tytuł „Sunrise paradise”. Raj wschodzącego słońca w czasie złotej godziny.

Jest to jednak jedynie moja interpretacja. Jestem ciekawa jak Wy odbieracie sztukę Pani Justyny? Chętnie poznam Wasze opinie, zapraszam do dyskusji :).

Więcej na temat artystki można przeczytać na stronie www.justynasycz.com. Artystkę można też znaleźć na Facebooku: www.facebook.com/JustynaPennards . Nie zapomnijcie polubić strony, jeżeli spodobała wam się sztuka Justyny.

8 Komentarzy

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka polska, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #3 – Wacław Jagielski – „Ja kocham światło, nie ciemność”

Cześć!

Dzisiaj, w ramach oderwania od relacji z wystaw, wywiad z Panem Wacławem Jagielskim.

Urodzony 20 sierpnia 1965 roku w Lubaniu Śląskim. Konserwator Dzieł Sztuki i malarz. Przez kilka lat nauczyciel plastyki młodzieży w Liceum i szkołach podstawowych. Jest członkiem – założycielem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą.

Jak widać data, którą wybrałam, nie jest przypadkowa gdyż obchodzimy dzisiaj urodziny artysty. Składam moje najszczersze życzenia i powodzenia na dalszej drodze malarskiej, a czytelników zapraszam do skróconej wersji wywiadu :). Gorąco jednak zachęcam do przeczytania całości i tu odsyłam do drugiego postu (Link). 

Bluebird: Był Pan kiedyś konserwatorem sztuki, teraz skupia się Pan na malarstwie, ale również poezji. Czy, pomijając zawód konserwatora sztuki, wszystkiego nauczył się Pan samodzielnie, czy może miał Pan kogoś, kto pomagał Panu na drodze rozwoju?

Wacław Jagielski: W pewnym stopniu kształtowali mnie mistrzowie, którymi potrafiłem się zafascynować, którzy pozostawili po sobie takie dzieła, które przeżywam do dziś, gdyż odcisnęły na mnie piętno. Drugą niewątpliwie ważną grupą ludzi (…) byli niektórzy starsi artyści, dziś często koledzy „po fachu”, z którymi dane mi było się zapoznać, rozmawiać, przebywać na plenerach malarskich, jeździć po dalekich krajach świata i co najpiękniejsze – przyjaźnić się. Do takich ludzi należeli również moi profesorowie i nauczyciele. z którymi spotykałem się w pracowniach i warsztatach artystycznych. Nie mniej jednak, nie można wyłącznie bazować na słowach nawet najwspanialszych mędrców,  bo najważniejsza w malarstwie jak i w każdej dyscyplinie życia jest własna praca. Pozwala artyście wypracować swój własny charakter twórczy, język malarski, swą własną drogę.

B: Dlaczego podjął Pan decyzję o pozostaniu malarzem i opuszczeniu swojego poprzedniego zawodu? To dość odważna decyzja, postawił Pan wszystko na jedną kartę.

W.J: Urodziłem  się na Dolnym Śląsku, na ziemiach przebogatych w cudowne zamki, pałace, pałacyki, świątynie i inne wspaniałe budowle. Powojenna historia nie dla wszystkich tych obiektów okazała się być łaskawa i niektóre z nich popadły w runę. Pomimo to często nadal były piękne, a mnie bolało serce, że  umierają często bezpowrotnie. Chciałem więc te i inne cudeńka świata ratować i przez 23 lata czyniłem to w swej Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki, będąc jednym z bardziej szczęśliwych ludzi na ziemi. Równocześnie od dziecka rozwijała się we mnie pasja rysowania, malowania, nad którą pracowałem z ogromną chęcią i zaangażowaniem. Pierwszą swą wystawę w profesjonalnej galerii sztuki miałem jeszcze w maturalnej klasie, w 1984 roku. Moja miłość do konserwacji zabierała mi jednak lwią część czasu, którego zaczęło mi brakować dla malarstwa, jak i dla rodziny, która w moim życiu jest nadrzędnym celem i największą miłością. Zadzwonił więc w mej duszy alarmowy dzwonek intuicji, że okres zmian nadchodzi,  tym bardziej, że malarstwo już od długiego czasu stawało się dla mnie mieć większy sens. Lubię odważne decyzje na pograniczu z cienką niteczką ryzyka. Ha, ha – to taki trochę „męski sport”, adrenalina zawsze musi być. Dziś minęło już kilka dobrych lat od tego momentu, a ja…? A ja jestem całkowicie szczęśliwy z obecnego stanu rzeczy i pomimo wielkiego sentymentu do przeszłości, kocham teraźniejszość, bo jest piękna.

B: W wywiadzie przed wystawą CIT w Nowym Sączu dużo mówił Pan o wartości kobiet w Pana życiu i sztuce. Kobieta jest ostoją, ciepłem domowym, ale również muzą. Co jeszcze inspiruje Pańską twórczość artystyczną?

W.J: Hahaha, Pani wybaczy, ale nie mogę się oprzeć pokusie, aby nie zanucić strofy z wesołej i szalenie mądrej, bo prawdziwej piosenki Jerzego Nela „ Baby, ach! te baby, czym by bez nich był ten świat …?” Oczywiście owe „baby” należy w tym kontekście rozumieć jako uosobienie wszystkiego, co jest najpiękniejsze i tu na ziemi najcenniejsze dla nas mężczyzn. Tak – przez życie swe idę z cudowną kobietą, bez której nie bardzo wyobrażam sobie swego życia. Piszę dla niej wiersze, które ona niekoniecznie czyta, maluję ją nawet wtedy, kiedy pozuje mi zgoła inna modelka (tak bynajmniej mówią postronni odbiorcy mej sztuki ), nie szczędzę jej komplementów i słów o miłości, dedykuję jej wystawy i katalogi, co nie zawsze ją wzrusza w stopniu przeze mnie oczekiwanym, czasem się na nią oburzę, przez chwilę podąsam, ale zawsze bardzo ją kocham. Światło, cień, ciągły dialog pomiędzy nimi z całą paletą szarości i półcieni, subtelności i gwałtu. Cudowność koloru, barwy i ich wpływu na przedmioty te bliższe i dalsze, to między innymi sprawia, że nie można nie malować. A chmury, a woda, powietrze…? Czy przyglądała się kiedyś Pani wnikliwie tym cudom natury? Nieodzowna jest również muzyka, którą nie zwalniam z obowiązku bycia ze mną bardzo często. Muzyka odsłuchiwana z płyt, ale i ta którą od roku sam próbuję grać, gdyż trudno mi sobie dziś przeżyć dzień bez fortepianu. To moja kolejna miłość i kolejny cudowny przedmiot inspiracji.

B: Wiele z Pana obrazów jest impresjonistycznych, ekspresjonistycznych. Czasem barwy są jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne. Czy te elementy wyrażają Pana emocje podczas malowania? Czy tworzy Pan w przemyślany sposób, uznając określony styl za najwłaściwszy dla przedstawianego tematu?

W.J: Z impresjonizmem łączy mnie może bardziej  filozofia związana z emocjami niż stylem malarskim. Impresja – wrażenie, to cała moc i siła mojego malarstwa wzbogacona oczywiście moją techniką, którą wypracowałem sobie na przestrzeni co najmniej 30 lat pracy. Mój sposób malowania w pracowni tylko i wyłącznie, w odróżnieniu od impresjonistów. Sam sobie bardzo często „wytwarzam” medium malarskie, które choćby swą konsystencją znacznie różni się od farby olejnej wyciskanej bezpośrednio z tuby i nie pozwala się nanosić na podobrazie za pomocą pędzli. Koloru, który tworzy moje obrazy szukam nie wyłącznie na płótnie, ale i na paletach, które niekoniecznie musieli mieć przy sobie impresjoniści. Rzeczywiście mam z nimi wiele wspólnego, ale moje fascynacje malarstwem sięgają jeszcze wcześniejszych okresów i artystycznych myśli innych wielkich malarzy. podczas malowania świat odpływa, nie ma potrzeby dumania nad tym w jakim stylu i jakim kierunku powinienem tworzyć. Wtedy jestem ja i on – obraz i to coś, co jest pomiędzy nami, ten swoisty galop nas obu w niezbędnym na tę chwilę akcie tworzenia. Wtedy właśnie tworzy się jego tożsamość zwana prawdą twórcy.

B: Trudno nazwać Pana twórczość inaczej niż niezwykle piękną. Wiele obrazów uspakaja i cieszy oko. Zastanawia mnie, czym jest dla Pana sztuka? Czy brzydota, ciemne barwy, surrealistyczne stwory uznaje Pan też za element sztuki?

W.J: Twórczość czasem rodzi się w bólu albo w jego przeróżnych odmianach. Niegdyś mistrz Renoir powiedział znamienne słowa „ból przemija, piękno pozostaje” i dalej malował swe rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy. W porywie twórczym, bardzo egoistycznie  maluję ku zadowoleniu wyłącznie własnemu i nie interesuje mnie wtedy, co inni o tym powiedzą.. Nie jestem bowiem człowiekiem wolnym od zmartwień, trosk, ciężarów do „przepchnięcia”, a twórczość reaguje na moje stany emocjonalne jak papierek lakmusowy. Mam jednak od Boga daną tę ważną cechę, że mimo wszystko staram się zawsze zobaczyć ten drugi koniec przysłowiowego kija. To świetna cecha pozwalająca mi na uchronienie mnie od przedstawiania świata w moim malarstwie w sposób dołujący i depresyjny. Kiedyś, będąc już na skraju wytrzymałości nerwowej, namalowałem obraz, który nazwałem „Modlitwa desperata”. Można go obejrzeć w moim katalogu pod tytułem „Moje 40 i 4”. Ku wielkiemu zaskoczeniu wnikliwie oglądających wystawę i ów katalog obraz należy do jednego z najbardziej promieniujących w tym cyklu, choć jego struktura i faktury świadczyć mogą, że było „ostro”, haha. Ja kocham światło, nie ciemność i w całym swym życiu dążę do niego, bo przy nim ja, moi najbliżsi i odbiorcy mej twórczości czują się  dobrze.

B: Czy wyznacza Pan sobie jakiś cel w sztuce? Jest jakaś myśl, którą chciałby Pan przekazać odbiorcy, czy może tworzy Pan dla własnej przyjemności?

W.J: Myślę, że w dużej mierze na to pytanie już odpowiedziałem, ale jeśli mogę coś dopowiedzieć to oczywiście to uczynię. W sztuce jak i w całym swoim życiu najważniejszym celem  zdaje mi się być szczerość i prawdziwość. Każde bowiem odstępstwo od tej tezy jest nazbyt ryzykowne. A ponad wszystkim jest to, o czym umierający Tristan powiedział do ukochanej Izoldy –  „nie wiem, czy życie jest ważniejsze czy śmierć, ale najważniejsza jest miłość”. Kochajmy się więc wzajemnie.

B: Ma Pan jakiegoś ulubionego artystę, który jest dla Pana wzorem dobrego warsztatu malarskiego?

W.J: Mógłbym tu wymienić plejadę mistrzów świata, ale skoro mam wymienić jednego, więc bez dłuższego wahania napiszę William Turner.

B: Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy, jak powstają obrazy spod Pana pędzla?

W.J: Hahaha, niestety z przykrością odpowiem, że nie mogę, gdyż,  pędzlami nie maluję już od kilku dobrych lat. Moje obrazy maluję rękami i innymi, czasem dziwnymi narzędziami, niekoniecznie malarskimi. Ale jeśli ten wiersz z 2008 roku,  coś Pani i Czytelnikom podpowie w tym temacie, to będę szczęśliwy.

w+o

B: Dziękuję za rozmowę i życzę miłego dnia.

W.J: Dziękuję Pani również i przesyłam szczery uśmiech z życzeniami dobra wszelakiego.
Wacław Jagielski

Gdy zaczynałam moją przygodę z twórczością Pana Wacława byłam naprawdę pod wrażeniem. Obrazy rzucały snopami światła, były żywe, pozytywne, niesamowicie ekspresyjne, Teraz, gdy minęło pierwsze wrażenie i już się oswoiłam, moje oczy czerpią codziennie z nich wiele przyjemności. Pan Wacław jest jednym z najpozytywniejszych osób jakie poznałam w swoim życiu. Dobre podejście i nastawienie to dwa elementy będące kluczem do sukcesu w tych dziełach. Są czyste, wypełnione szczerą pasją i podziwem dla otaczającego świata. Tacy odmienni, radośni artyści, są nam bardzo potrzebni. Często łatwo zapominamy o pięknej naturze, która nas otacza. To może wydawać się lekko truistyczne ale mimo wszystko warto sobie od czasu do czasu zwolnić, pójść spokojnym trybem malarza i poety, by odetchnąć i się rozluźnić.

Oczywiście, że życie nie jest jedynie piękne i kolorowe, dlatego po pewnym czasie można się przesycić słodyczą obrazów Pana Wacława. Jednak, myślę że znalazłam nareszcie artystę, który pozwala na chwilę oderwać się od zmartwień i uśmiechnąć. 

Życzę jeszcze raz Panu Wacławowi wiele radości, choć pewnie nie są to życzenia konieczne, ale przede wszystkim realizacji marzeń, spełniania się w sztuce, wielu inspiracji i słońca każdego dnia, by rozświetlało płótna malarza. 

Postanowiłam też podzielić się z Wami piosenką, która bardzo pasuje mi do sztuki Pana Jagielskiego :).
https://www.youtube.com/watch?v=6Graa_Vm5eA&hd=1

Bluebird

7 Komentarzy

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka współczesna

Sztuka pod ostrzałem #3 – Wacław Jagielski – „Ja kocham światło, nie ciemność”; cały wywiad

Cześć!

Dzisiaj, w ramach oderwania od relacji z wystaw, wywiad z Panem Wacławem Jagielskim.

Urodzony 20 sierpnia 1965 roku w Lubaniu Śląskim. Konserwator Dzieł Sztuki i malarz. Przez kilka lat nauczyciel plastyki młodzieży w Liceum i szkołach podstawowych. Jest członkiem – założycielem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.Autor kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą.

Jak widać data, którą wybrałam, nie jest przypadkowa gdyż obchodzimy dzisiaj urodziny artysty. Składam moje najszczersze życzenia i powodzenia na dalszej drodze malarskiej, a czytelników zapraszam do wywiadu :).

Bluebird: Był Pan kiedyś konserwatorem sztuki, teraz skupia się Pan na malarstwie, ale również poezji. Czy, pomijając zawód konserwatora sztuki, wszystkiego nauczył się Pan samodzielnie, czy może miał Pan kogoś, kto pomagał Panu na drodze rozwoju?

Wacław Jagielski:  W tym co teraz powiem może nie ma żadnego zaskoczenia ani zdziwienia, że najszczęśliwszym jest ten, kto realizuje swoje pragnienia, kto marzenia nawet te najbardziej oddane Morfeuszowi potrafi wydrzeć z krainy snu w zmaterializowaną rzeczywistość. Należę do tych ludzi, którzy w swym życiu mają wyraźnie nakreślony azymut i co więcej, niewyobrażalnie wręcz silnie wierzą w to, że przy maksymalnym zaangażowaniu całego swego „jestestwa”, z całą potęgą „za” i „przeciw”, można go osiągnąć. Przy takim założeniu i podejściu do życia, a w nim i do twórczości, bo ona jest przecież jedną z ważniejszych części mojej egzystencji, można bardzo wiele odkrywać samemu. Świadomie mówię bardzo wiele, bo tą całą resztę stanowią pozostałe czynniki zewnętrzne czyli środowisko i ludzie, którymi się otaczamy bardziej lub mniej wybierani przez nas samych. Jeśli Pani słowo „wszystkiego” w zadanym powyżej pytaniu dotyczy mego malarstwa w szerokim jego rozumieniu, to odpowiem, że w pewnym stopniu kształtowali mnie mistrzowie, którymi potrafiłem się zafascynować, którzy pozostawili po sobie takie dzieła, które przeżywam do dziś, gdyż odcisnęły na mnie piętno. Mistrzowie czasów minionych. Drugą niewątpliwie ważną grupą ludzi, którzy przyczynili się do tego, aby to potężne koło zwane pasją i miłością do sztuki i samego procesu tworzenia poruszyć, byli niektórzy starsi artyści, dziś często koledzy „po fachu”, z którymi dane mi było się zapoznać, rozmawiać, przebywać na plenerach malarskich, jeździć po dalekich krajach świata i co najpiękniejsze – przyjaźnić się. Część z nich niestety już odeszła, ale pamięć o nich w moim sercu pozostanie na zawsze. Z niektórymi mam jeszcze szczęście czasem się spotkać. Do takich ludzi należeli również moi profesorowie i nauczyciele, z którymi spotykałem się w pracowniach i warsztatach artystycznych. Nie mniej jednak, nie można wyłącznie bazować na słowach nawet najwspanialszych mędrców,  bo najważniejsza w malarstwie jak i w każdej dyscyplinie życia jest własna praca. Osobiste, bardzo konsekwentne i wytrwałe  zaangażowanie wszystkich sił i zmysłów w drodze do celu zaczyna otwierać przed twórcą nowe przestrzenie i nowy świat. Pozwala artyście wypracować swój własny charakter twórczy, język malarski, swą własną drogę. Tego nie da się wyczytać i z góry założyć do natychmiastowego realizowania. To musi urodzić się samo w pokorze i po cichu, po wielkiemu „cichu” (uśmiech). Podobnie rzecz się ma w poezji.

B: Dlaczego podjął Pan decyzję o pozostaniu malarzem i opuszczeniu swojego poprzedniego zawodu? To dość odważna decyzja, postawił Pan wszystko na jedną kartę.

W.J: Pozwoli Pani, że może najpierw odpowiem na pytanie dlaczego postanowiłem zostać konserwatorem zabytków, gdyż łatwiej będzie mi wytłumaczyć swą decyzję ,o jak to Pani ładnie nazwała, „opuszczeniu” tego zawodu. Kiedyś, a początków należałoby szukać w dalekim dzieciństwie, zapragnąłem i wymarzyłem sobie być kimś, kto będzie ratował od zniszczenia, zapomnienia te „cuda” rąk ludzkich, które pozostawili nam w swej spuściźnie artyści, nadając naszej cywilizacji piękniejszy kształt. Urodziłem  się na pięknym Dolnym Śląsku, na ziemiach przebogatych w cudowne zamki, pałace, pałacyki, świątynie i inne wspaniałe budowle. Powojenna historia nie dla wszystkich tych obiektów okazała się być łaskawa i niektóre z nich popadły w runę. Pomimo to często nadal były piękne, a mnie bolało serce, że  umierają często bezpowrotnie. Chciałem więc te i inne cudeńka świata ratować i przez 23 lata czyniłem to w swej Pracowni Konserwacji Dzieł Sztuki, będąc jednym z bardziej szczęśliwych ludzi na ziemi. Równocześnie od dziecka rozwijała się we mnie pasja rysowania, malowania, nad którą pracowałem z ogromną chęcią i zaangażowaniem. Pierwszą swą wystawę w profesjonalnej galerii sztuki miałem jeszcze w maturalnej klasie, w 1984 roku. Moja miłość do konserwacji zabierała mi jednak lwią część czasu, którego zaczęło mi brakować dla malarstwa, jak i dla rodziny, która w moim życiu jest nadrzędnym celem i największą miłością. Zadzwonił więc w mej duszy alarmowy dzwonek intuicji, że okres zmian nadchodzi,  tym bardziej, że malarstwo już od długiego czasu (prawdę powiedziawszy przez cały okres prowadzenia firmy konserwacji Dzieł Sztuki nigdy nie zostało odstawione na boczny tor) stawało się dla mnie mieć większy sens. Obudził się we mnie już na dobre zew tworzenia i postanowiłem ogłosić to publicznie podczas jednej ze swych wystaw. Od dawna należałem do Stowarzyszenia Pastelistów Polskich (które wraz z moimi kolegami współzakładałem już 20 lat temu) oraz do Związku Polskich Artystów Plastyków. Ale ma Pani rację mówiąc, że była to decyzja odważna. Wymusiła na mnie wielkie zmiany w moim życiu i w moim najbliższym otoczeniu. Zmieniłem charakter swej pracy, przewartościowałem pewne sprawy, musiałem stworzyć sobie nową pracownię o zupełnie innym wyposażeniu, wyprzedać ponad trzysta starych mebli, jakie przez lata nagromadziłem w swych zbiorach i z nowym duchem zrobiłem kolejny mocny i pewny krok w przyszłość.  Lubię odważne decyzje na pograniczu z cienką niteczką ryzyka. Ha, ha – to taki trochę „męski sport”, adrenalina zawsze musi być. Dziś minęło już kilka dobrych lat od tego momentu, a ja…? A ja jestem całkowicie szczęśliwy z obecnego stanu rzeczy i pomimo wielkiego sentymentu do przeszłości, kocham teraźniejszość, bo jest piękna.

B: W wywiadzie przed wystawą CIT w Nowym Sączu dużo mówił Pan o wartości kobiet w Pana życiu i sztuce. Kobieta jest ostoją, ciepłem domowym, ale również muzą. Co jeszcze inspiruje Pańską twórczość artystyczną?

W.J: Hahaha, Pani wybaczy, ale nie mogę się oprzeć pokusie, aby nie zanucić strofy z wesołej i szalenie mądrej, bo prawdziwej piosenki Jerzego Nela „ Baby, ach! te baby, czym by bez nich był ten świat …?” Oczywiście owe „baby” należy w tym kontekście rozumieć jako uosobienie wszystkiego, co jest najpiękniejsze i tu na ziemi najcenniejsze dla nas mężczyzn, choć nie pozbawione często niedających się logicznie wytłumaczyć anomalii zachowań, która w rezultacie sprawia, że jesteście, kochane Panie, jedną wielką zagadką, bez której żyć niepodobna (szczery uśmiech). Tak – przez życie swe idę z cudowną kobietą, bez której nie bardzo wyobrażam sobie swego życia. Piszę dla niej wiersze, które ona niekoniecznie czyta, maluję ją nawet wtedy, kiedy pozuje mi zgoła inna modelka (tak bynajmniej mówią postronni odbiorcy mej sztuki ), nie szczędzę jej komplementów i słów o miłości, dedykuję jej wystawy i katalogi, co nie zawsze ją wzrusza w stopniu przeze mnie oczekiwanym, czasem się na nią oburzę, przez chwilę podąsam, ale zawsze bardzo ją kocham. Wiem, że ona kocha mnie również do szaleństwa i że nie wyobraża sobie beze mnie życia przynajmniej tak mi się wydaje i tego „wydawania” będę się mocno trzymał, hahaha! Inne inspiracje przynosi otoczenie, codzienne „zjawiskowości”, w których biorę mniej lub bardziej świadomy udział,  ale z ręką na sercu muszą mnie zauroczyć, zachwycić do tego stopnia, że chce mi się je malować lub o nich pisać. Światło, cień, ciągły dialog pomiędzy nimi z całą paletą szarości i półcieni, subtelności i gwałtu. Cudowność koloru, barwy i ich wpływu na przedmioty te bliższe i dalsze, to między innymi sprawia, że nie można nie malować. A chmury, a woda, powietrze…? Czy przyglądała się kiedyś Pani wnikliwie tym cudom natury? Jakież one są piękne, jakie tajemnicze i często nieprzewidywalne, choć wydają się być takie oczywiste… Nieodzowna jest również muzyka, którą nie zwalniam z obowiązku bycia ze mną bardzo często. Muzyka odsłuchiwana z płyt, ale i ta którą od roku sam próbuję grać, gdyż trudno mi sobie dziś przeżyć dzień bez fortepianu. To moja kolejna miłość i kolejny cudowny przedmiot inspiracji.

B: Wiele z Pana obrazów jest impresjonistycznych, ekspresjonistycznych. Czasem barwy są jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne. Czy te elementy wyrażają Pana emocje podczas malowania? Czy tworzy Pan w przemyślany sposób, uznając określony styl za najwłaściwszy dla przedstawianego tematu?

W.J: Jeśli byśmy rozpatrywali tak prawdziwie i wnikliwie moje malarstwo, na co w tym wywiadzie oczywiście nie ma czasu, to z impresjonizmem łączy mnie może bardziej  filozofia związana z emocjami niż stylem malarskim. Impresja – wrażenie, to cała moc i siła mojego malarstwa wzbogacona oczywiście moją techniką, którą wypracowałem sobie na przestrzeni co najmniej 30 lat pracy. Czysto jednak techniczne zabiegi malarskie na podobraziu często są różne od tych, które stosowali impresjoniści. Mój sposób malowania w pracowni tylko i wyłącznie, w odróżnieniu od impresjonistów, spowodowany jest między innymi tym, że sam sobie bardzo często „wytwarzam” medium malarskie, które choćby swą konsystencją znacznie różni się od farby olejnej wyciskanej bezpośrednio z tuby i nie pozwala się nanosić na podobrazie za pomocą pędzli. Koloru, który tworzy moje obrazy szukam nie wyłącznie na płótnie, ale i na paletach, które niekoniecznie musieli mieć przy sobie impresjoniści. Znalazłoby się jeszcze wiele innych cech różniących mnie od impresjonistów, których bez wątpienia kocham za odwagę, wrażenie, kolor a szczególnie pasję. Rzeczywiście mam z nimi wiele wspólnego, ale moje fascynacje malarstwem sięgają jeszcze wcześniejszych okresów i artystycznych myśli innych wielkich malarzy. O tym, że czasem barwy są kontrastujące ze sobą, jak to Pani określa „jaskrawe, czasem pastelowe, pociągnięcia pędzla precyzyjne, a czasem niecierpliwe, ekspresyjne”,  określa tylko i wyłącznie potrzeba chwili, wyczucia koloru i moich emocji. Wtedy, podczas malowania świat odpływa, nie ma potrzeby dumania nad tym w jakim stylu i jakim kierunku powinienem tworzyć. Wtedy jestem ja i on – obraz i to coś, co jest pomiędzy nami, ten swoisty galop nas obu w niezbędnym na tę chwilę akcie tworzenia. Wtedy właśnie tworzy się jego tożsamość zwana prawdą twórcy.

B: Trudno nazwać Pana twórczość inaczej niż niezwykle piękną. Wiele obrazów uspakaja i cieszy oko. Zastanawia mnie, czym jest dla Pana sztuka? Czy brzydota, ciemne barwy, surrealistyczne stwory uznaje Pan też za element sztuki?

W.J: Twórczość czasem rodzi się w bólu albo w jego przeróżnych odmianach. Niegdyś mistrz Renoir powiedział znamienne słowa „ból przemija, piękno pozostaje” i dalej malował swe rozświetlone, mieniące się kolorami obrazy. Jeśli rzeczywiście moja twórczość w Pani odczuciu jest, jak to Pani nazywa, cytuję – „niezwykle piękną”, to sprawia mi to ogromną, niekłamaną radość, nawet jeśli byłaby Pani tylko jedną osobą na tej ziemi tak myślącą. W porywie twórczym, bardzo egoistycznie  maluję ku zadowoleniu wyłącznie własnemu i nie interesuje mnie wtedy, co inni o tym powiedzą. Nie odczuwam radości i nie maluję „na zamówienie”, gdyż ja chcę, aby oglądający me obrazy ludzie pokochali moje wizje, moje kadry i odczucia, a nie próbowali mi wytłumaczyć swoje tylko po to, abym je odtwarzał. Artysta powinien być twórcą od pierwszego do ostatniego położenia najmniejszej nawet plamki. To on decyduje i w  tych osobistych decyzjach tkwi to, co artyści kochają najbardziej, czyli WOLNOŚĆ. Wspomniałem na wstępie, że czasem twórczość rodzi się w bólach i to jest wielka prawda, która nie mija i mej skromnej osoby. Nie jestem bowiem człowiekiem wolnym od zmartwień, trosk, ciężarów do „przepchnięcia”, a twórczość reaguje na moje stany emocjonalne jak papierek lakmusowy. Mam jednak od Boga daną tę ważną cechę, że mimo wszystko staram się zawsze zobaczyć ten drugi koniec przysłowiowego kija. To świetna cecha pozwalająca mi na uchronienie mnie od przedstawiania świata w moim malarstwie w sposób dołujący i depresyjny. Nie potrafię tego robić. Kiedyś, będąc już na skraju wytrzymałości nerwowej, namalowałem obraz, który nazwałem „Modlitwa desperata”. Można go obejrzeć w moim katalogu pod tytułem „Moje 40 i 4” ,ale ku wielkiemu zaskoczeniu wnikliwie oglądających wystawę i ów katalog obraz należy do jednego z najbardziej promieniujących w tym cyklu, choć jego struktura i faktury świadczyć mogą, że było „ostro”, haha. Mroczne wizje bądź beznadziejne w moim odczuciu nie raz i nie dwa pozbawione sensu (pomimo tego, że właśnie niby o sens w nich chodzi) instalacje, czy obsceniczne, wulgarne, czasem masochistyczne bądź sadystyczne zakusy współczesnych twórców mój organizm naturalnie odrzuca.  Ja kocham światło, nie ciemność i w całym swym życiu dążę do niego, bo przy nim ja, moi najbliżsi i odbiorcy mej twórczości czują się  dobrze.

B: Czy wyznacza Pan sobie jakiś cel w sztuce? Jest jakaś myśl, którą chciałby Pan przekazać odbiorcy, czy może tworzy Pan dla własnej przyjemności?

W.J: Myślę, że w dużej mierze na to pytanie już odpowiedziałem, ale jeśli mogę coś dopowiedzieć to oczywiście to uczynię. W sztuce jak i w całym swoim życiu najważniejszym celem  zdaje mi się być szczerość i prawdziwość. Każde bowiem odstępstwo od tej tezy jest nazbyt ryzykowne. A ponad wszystkim jest to, o czym umierający Tristan powiedział do ukochanej Izoldy –  „nie wiem, czy życie jest ważniejsze czy śmierć, ale najważniejsza jest miłość”. Kochajmy się więc wzajemnie.

B: Ma Pan jakiegoś ulubionego artystę, który jest dla Pana wzorem dobrego warsztatu malarskiego?

W.J: Mógłbym tu wymienić plejadę mistrzów świata, ale skoro mam wymienić jednego, więc bez dłuższego wahania napiszę William Turner.

B: Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy, jak powstają obrazy spod Pana pędzla?

Hahaha, niestety z przykrością odpowiem, że nie mogę, gdyż,  pędzlami nie maluję już od kilku dobrych lat. Moje obrazy maluję rękami i innymi, czasem dziwnymi narzędziami, niekoniecznie malarskimi. Ale jeśli ten wiersz z 2008 roku,  coś Pani i Czytelnikom podpowie w tym temacie, to będę szczęśliwy.w+o

B: Dziękuję za rozmowę i życzę miłego dnia.

W.J: Dziękuję Pani również i przesyłam szczery uśmiech z życzeniami dobra wszelakiego.
Wacław Jagielski

 

 

1 komentarz

Filed under Sztuka pod ostrzałem, Sztuka polska, Sztuka współczesna